sobota, 7 kwietnia 2012

Audycja #10 z 02.04.2012: Koniec (Post) Rocka

Tego dnia wszystko przebiegło już zgodnie z założeniami audycji. Zaczęło się standardowo, modern-rockowym Shinedown, którego krążek Amaryllis gromadzi w sobie niesamowite pokłady energii i jest pozycją obowiązkową dla fanów. A w zasadzie jest nawet najlepszym albumem hard-rockowym z tych, które w tym roku się ukazały. Potem było coraz bardziej przestrzennie... 


Australijskie The Butterfly Effect, które nawiązuje bardziej do teorii chaosu niż filmu o tym samym tytule, oraz Brytyjskie Oceansize stały się swoistymi łącznikami między rockiem a post-rockiem. Przy okazji If These Trees Could Talk udało się zaprosić na ten i kilka innych post-rockowych koncertów, które niedługo odbywać się będą w Warszawie. Ciężko było mi nie puścić Mogwai - We're No Here, gdyż był to jeden z pierwszych kawałków, które tak mocno przyciągnęły mnie kiedyś do klimatów instrumentalnych. A zakończyliśmy jednym z moich prywatnych odkryć, które nigdy nie wybiło się nigdzie dalej (a być może już nawet nie istnieje). Ale Elements of Something Really Beautiful to kapela, która oprócz unikalnej, przydługiej nazwy (jakże to charakterystyczne dla post-rocka!) stworzyła jeden, ciekawy album: Hey Angel. A utwór My Life as Stardust to rzecz, która potrafi mocniej wbić się w głowę, posłuchajcie

1. Shinedown - Carried Away (Us and Them deluxe edition, 2005)
2. Shinedown - Unity
(Amaryllis, 2012)
3. The Butterfly Effect
- 7 Days (Final Conversation of Kings, 2008)
4. The Butterfly Effect - Worlds On Fire
(Final Conversation of Kings, 2008) 
5. Oceansize - Unfamiliar (Frames, 2007)
6. Oceansize - Commemorative 9/11 T-shirt
(Frames, 2007) 
7. If These Trees Could Talk - Rebuilding the Temple of Artemis (Above the Earth, Below the Sky, 2009)
8. Mogwai
- We're No Here (Mr Beast, 2006)
9. Elements of Something Really Beautiful
- My Life as Stardust (Hey Angel, 2007)

Dostępna jest już także youtube'owa playlista!

Niezbadany wulkan energii – wywiad z Hands Resist

Są przykładem zespołu kompletnie nieobecnego w polskim mainstreamie, podczas gdy ich utwory spokojnie mogłyby śmigać w rozmaitych rockowych stacjach radiowych. W ostatnim czasie wygrali studencki festiwal GAPA Rock, nagrali długogrający album, teraz szykują się do nagrania teledysku. A do tego ich koncerty to szalona energia sceniczna oraz nieprzewidywalna, zwariowana integracja z publiką. Polska kapela, którą warto znać, mimo że nie ma za sobą wielkiej wytwórni i tysięcy sprzedawanych płyt. Jeszcze.

Hands Resist
Hubert "Variath" Traczyk - gary
Olek "Olo" Kosacki - wiosło #1
Karol Kawka - wiosło #2
Jacek "Jajco" Marek - grube struny
Michał "Yogi" Traczyk - glosowe struny


Ja: Spotykamy się prawie dwa miesiące po wygranym przez Was festiwalu GAPA. Co się zmieniło od tamtego czasu? Wykrystalizowała się już w głowach wizja teledysku, który był nagrodą za zwycięstwo na tym przeglądzie? Kiedy możemy się spodziewać gotowego klipu?

Olo: Scenariusz został dopasowany do tekstu. Do teledysku zaprosiliśmy wokalistkę CF98 – Karcię, oraz sekcję dętą z zespołu The Mugshots, którzy udzielają się w piosence „Wszystko to, co mam”, bo do tej piosenki będzie kręcony klip.
Karol: Ustaliliśmy też, że oprócz fabuły częścią teledysku ma być gruba impreza. Teledysk będziemy kręcić w kwietniu.

GAPA to był Wasz pierwszy wygrany festiwal?

Olo: Festiwal GAPA to pierwszy wygrany przez nas konkurs, wcześniej braliśmy udział np. w Pepsi Rock Battlefield w Hard Rock Cafe. Nigdy nie mieliśmy szczęścia do konkursów, wspomniany Pepsi Rock przegraliśmy 20 smsami! (śmiech)

To zacznijmy od podstaw: czym jest Hands Resist, jaką muzę gracie?

Olo: Określenie „melodyjny hardcore/punk” jest najbliższe temu, co gramy, aczkolwiek nie chcemy zostać zaszufladkowani. Jest u nas dużo melodii, większość muzyki utrzymana w konwencji punk rockowej, jest trochę hardcore’u w niektórych momentach. Staramy się, aby nasza muzyka nie była tak prosta, jak „klasyczny” punk rock, ale nie chcemy też przesadzić w drugą stronę.

W Internecie można znaleźć Wasze utwory śpiewane zarówno po polsku, jak i po angielsku. Wiadomo, że każda opcja ma swoje plusy i minusy, zdecydowaliście się już na jedną?

Karol: Na naszej pierwszej płycie teksty będą po polsku. Zespołom w naszym kraju śpiewanie po angielsku nie zawsze wychodzi na dobre, różnie to bywa. Mi osobiście nasze teksty się podobają.
Olo: Był pomysł, żeby drugą płytę (która już powoli powstaje na próbach) nagrać również po angielsku, żeby było łatwiej o granie gdzieś poza granicami kraju… Zobaczymy.

Co Was odróżnia od tysięcy innych młodych zespołów na polskiej scenie muzycznej?

Olo: Żaden zespół nie ma takiego basisty jak Jajco! (śmiech)

Najzabawniejsza, najdziwniejsza historia jaka zdarzyła się Wam przy okazji grania koncertu?

Olo: Ostatnio nasz basista zszedł ze sceny i graliśmy bez niego…
Karol: …powiedział, że zawsze chciał posłuchać swojego zespołu na żywo.

Żyjecie muzyką czy z muzyki?

Olo: Z muzyki to żaden z nas nie żyje…
Karol: …to znaczy ja po części, bo udzielam lekcji gry na gitarze.
Olo: Utrzymywać się z muzyki jest ciężko, ale jakby się już udało, to według mnie trzeba uważać, żeby nie zrobić z tego podejścia stricte jak do pracy, bo traci się zajawkę i radość jaką ma się z grania.
Karol: W Polsce ciężko jest zarabiać na muzyce, a co dopiero z niej „żyć”. Trzeba zawsze pamiętać, żeby mieć jakieś dodatkowe źródło dochodu. Niektórzy z nas się uczą, niektórzy pracują i muzyka jest póki co naszym hobby. Nikt na wielką kasę parcia nie ma, ale fajnie by było grać i mieć z tego jakieś pieniądze.

Perspektywy na przyszłość? Czego oczekujecie po projekcie Hands Resist w perspektywie kolejnych lat? Czy nie wybiegacie tak daleko w przyszłość i skupiacie się na najbliższych miesiącach?

Olo: Robimy wszystko, żeby grać jak najlepiej i mamy nadzieję, że kiedyś będziemy bardziej rozpoznawalni. Pytanie tylko, czy ze sobą tyle wytrzymamy (śmiech).
Karol: Wszystko się okaże po wydaniu płyty. Ja nie mam jakichś bardzo wielkich oczekiwań, ale gdy wydamy płytę, to zobaczymy jak spodoba się ludziom, jak będzie z propozycjami koncertów itd.

Jak wygląda proces tworzenia? To bardziej obieranie jednej zgodnej drogi czy ciągłe ścieranie się?

Karol: Nasz zespół to pięć totalnie różnych osób, każdy ma swoje pomysły i podejście, pomimo, że słuchamy bardzo podobnej muzyki, są drobne szczegóły na temat których potrafimy długo dyskutować, a czasem nawet się posprzeczać. Ale z reguły jest tak, że wszyscy mają w miarę podobne zdanie. Staramy się przy pracy nad drugą płytą dobierać kawałki, które stworzą jak najspójniejszy materiał.
Olo: Każdy z nas ma swoje zdanie, swoje podejście i szanujemy siebie nawzajem. Często musimy wybierać po prostu przez głosowanie.
Karol: Mamy już ze dwie dłuższe trasy przejechane, znamy się dosyć dobrze, w różnych stanach świadomości… Także myślę, że jesteśmy dobrze zgrani. Ale tarcia muszą wszędzie występować. Jakbyśmy się nie ścierali, to ta muzyka byłaby pewnie nudna.

Czego mogą się spodziewać po Waszej nowej płycie wieloletni fani oraz osoby, które z Hands Resist zetkną się po raz pierwszy?

Karol: Mamy dużo różnorodnych inspiracji, ale nasze kawałki wyróżnia przede wszystkim to, że są łatwe do zanucenia.
Olo: Ci, którzy nas znają, to nas znają, więc wiedzą, czego się spodziewać, a nowi słuchacze puszczą płytkę i też im się spodoba (śmiech). Ostatnio puszczałem paru znajomym, którzy powiedzieli, że jest to fajne mocne granie, ale na płycie są też utwory, które mogą wpaść w ucho ludziom nie słuchający na co dzień punk rockowej muzyki. Tak jak np. kawałek, do którego będziemy robili teledysk. („Wszystko to, co mam”)
Karol: Na pewno każdy na tej płycie znajdzie coś dla siebie.

Jak trudno jest znaleźć młodemu zespołowi w Polsce wydawcę? Jakiego wsparcia konkretnie oczekujecie?

Olo: Nie jest łatwo i byliśmy na to przygotowani.
Karol: W Polsce jest bardzo dużo zespołów, które nie są znane, a grają muzykę na naprawdę wysokim poziomie. Nie rozumiem tego, że nie mogą się gdzieś wybić dalej. W naszym kraju promuje się zespoły o naprawdę wątpliwej wartości artystycznej. Jest dużo świetnych polskich zespołów, które poznałem choćby już podczas gry w Hands Resist, poprzez wspólne koncerty i środowisko. Generalnie ciężko jest znaleźć wydawcę, na razie wysłaliśmy do kilku wytwórni promocyjne egzemplarze płyty i czekamy na jakieś odpowiedzi.
Variath: Jest garstka zespołów, które grają podobną do nas muzykę, ale nie ma wytwórni, która wydawałaby stricte takie brzmienia. Z reguły większe wytwórnie nie biorą pod skrzydła punk rockowych zespołów, bo uważają, że to się nie sprzeda, a jak się nie sprzeda, to po co w to ładować pieniądze? Niestety króluje tu podejście czysto „biznesowe”. Muzyką punk rockową są zainteresowane raczej mniejsze wytwórnie. Jest np. Antena Krzyku, która wydaje CF98, jest też Mystic Records, który wydaje sporo undergroundowych brzmień, może nie stricte punrockowych, ale „w okolicach”.
Olo: Jeżeli chodzi o wydanie płyty, to interesuje nas głównie wsparcie promocyjne wydawcy.
Karol: No bo co z tego, że płyta byłaby nawet w sklepach, skoro nikt by o niej nie wiedział? Zresztą promocja to klucz do wszystkiego, co zauważyliśmy na niektórych koncertach. Jeśli wydarzenie jest dobrze wypromowane, to zazwyczaj przychodzi mnóstwo osób, co widać było np. na koncercie w warszawskiej Hydrozagadce.
Variath: Ciekawostka: był ostatnio koncert hardcore’owy mojego znajomego. Koncert odbył się w niedzielę o godzinie 15 i przyszło 200 osób! Więc może to też jest jakiś pomysł, żeby robić koncerty o tak wczesnej godzinie. Oczywiście promocja jest najważniejsza :)

Wasze największe inspiracje?

Chórem: Rise Against!
Karol: Jajco cały czas powtarza, że chciałby na jednej scenie z Pennywise się znaleźć, nawet by dopłacił.

A co z łatką polskiego The Offspring, która gdzieś tam za Wami chodzi?

Variath: Dla mnie to jest w ogóle najlepsza łatka, jaka może być. Bardzo lubimy wszyscy ten zespół i to jest jedna z naszych głównych inspiracji. Wiadomo, że trzeba kreować swój styl, ale jakby mieli nas do kogoś porównywać, to zestawianie z The Offspring bardzo nas cieszy.

W dzisiejszych czasach kontakt z fanami jest bardzo ważny. Jak to wygląda u Was?

Olo: Cieszy nas to, że pomimo tego, że jeszcze nie wydaliśmy płyty – mnóstwo osób śpiewa piosenki na koncertach!  Myślę, że wystarczy przyjść na nasz koncert, raz czy drugi – i to się od razu „łapie”. Mamy do tego charyzmatycznego wokalistę, który zawsze ma dobry kontakt z fanami. Ostatnio przecież nawet basista zszedł ze sceny do ludzi, żeby się integrować z publiką (śmiech).

Jak się dzisiaj promuje bądź co bądź młody zespół, który dopiero walczy o fanów, obecność w mediach i popularność? Bez Facebooka chyba ani rusz…

Olo: Facebook to jest dzisiaj jedna z obowiązkowych spraw. Niemożliwe, żeby jakaś firma czy zespół istniały bez strony na tym portalu społecznościowym. Yogi (nasz wokalista) zajmuje się ogarnianiem naszego facebooka, często pisze posty, utrzymuje kontakt z fanami, wysyła różne ciekawostki.
Karol: Generalnie staramy się w każdy sposób zainteresować ludzi w internecie – z nowej płyty udostępniliśmy na YouTube jeden utwór - „Zza Zamkniętych Drzwi”, który poniekąd promuje ten krążek. A do tego dojdzie oczywiście za jakiś czas wspomniany klip promocyjny, do którego jest kręcony teledysk (utwór „Wszystko to, co mam”).

Czy oprócz sprzedaży fizycznych egzemplarzy macie zamiar udostępnić nową płytę w internecie za darmo?

Variath: Chcielibyśmy udostępnić za darmo cały album. Kto ma go kupić w wersji „fizycznej”, ten i tak kupi. Wiadomo, że nie zależy nam na kasie, tylko na tym, żeby jak najwięcej ludzi słuchało naszej muzyki. Gdy płyta będzie do ściągnięcia i na przykład - pobierze ją 100 osób, a kupi 50, to i tak będzie dobrze – w końcu te 100 dodatkowych osób pozna naszą muzykę. Może być tylko tak, że jakaś wytwórnia zabroni nam udostępniać płyty za darmo, wtedy trzeba będzie się jakoś dogadać.

Czego Wam życzyć tak na koniec?

Variath: Czego życzyć? Przede wszystkim fajnego wydawcy, który pomoże nam w promocji naszego debiutanckiego albumu. Mamy nadzieję, że już niedługo będziemy mogli podzielić się z naszymi fanami naszą muzyką prezentując im naszą płytę! Nie możemy się doczekać. Zapraszamy serdecznie wszystkich na nasze koncerty, oraz na stronę na facebooku, gdzie zawsze umieszczamy info nt tego, gdzie gramy, nowości itd. - http://www.facebook.com/Hresist . Pozdrawiamy wszystkich serdecznie!


Wywiad zarejestrowany dla Miesięcznika Kulturalnego I.PEWU.

Profesjonalnie dostarczona energia [relacja]

Występy na żywo mają w sobie niesamowitą moc, bo potrafią przekonać do konkretnego zespołu, płyty czy piosenki. I tak też było trochę w moim przypadku, kiedy wybierałem się na koncert Power of Trinity, nie będąc w 100% dobrze nastawionym do ostatniej płyty. Od koncertu minął tydzień, a krążek „Loccomotiv” praktycznie nie opuszcza mojego odtwarzacza.


Łódzka kapela jest swoistym ewenementem na skalę kraju, gdyż nikt tak nie łączy reggae’owych klimatów z rockowymi riffami. Dlatego nawet taka osoba jak ja, której raczej nie po drodze z muzyką reggae, znajduje już od kilku lat w ich twórczości coś dla siebie. Co prawda pierwsza płyta Power of Trinity – „11” nie odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego, ale chłopaki z nawiązką odbili to sobie drugim krążkiem, Loccomotiv. Z początku ten materiał do mnie nie przemówił, ale dzięki poniedziałkowemu koncertowi udało się odkryć Power of Trinity na nowo i docenić progres, jaki wykonali od „11”. Kiedy pojawiłem się w Hard Rock Cafe, na scenie publiczność rozgrzewał jeszcze support w postaci StraightMinds. I trzeba przyznać, że stylistycznie pasowali do gwiazdy wieczoru: mogła zapaść w pamięć rockandrollowa forma i sceniczne zachowanie wokalisty. Potem, punktualnie, na scenie pojawili się panowie z Power of Trinity. W Warszawie z tym rozpoczynaniem koncertów o czasie jest tak sobie, więc zdecydowanie trzeba wyróżnić to na plus.

A sam koncert… Profesjonalnie dostarczona energia. Łódzki zespół przez grubo ponad godzinę zaprezentował fanom obecnym w Hard Rock Cafe mieszankę swoich obu płyt. Było różnorodnie, było energetycznie, było melodyjnie. Z perspektywy koncertowej utwory z pierwszego albumu wypadały nawet lepiej niż nagrania studyjne, z drugiego – porównywalnie. Tym niemniej Power of Trinity na żywo wytwarzają klimat naturalnie bliższy imprezowemu niż takiemu, gdzie tylko się stoi i sączy piwo. Dlatego zgromadzona licznie publiczność – o dziwo, w końcu to jednak poniedziałek – mniej lub bardziej żwawo poruszała się w rytm kolejnych utworów. Oczywiście wiele osób wyczekiwało na singlowe „Chodź Ze Mną”, które pozamiatało konkurencję na wielu listach rockowych, w tym i w tych najpopularniejszych stacjach radiowych. Na szczęście kapela swój największy hit zagrała prawie pod sam koniec. Jeśli czegoś miałbym się czepiać, to może nieudolnej interakcji wokalisty z ludźmi pomiędzy utworami. Można też było mieć kłopoty ze zrozumieniem tekstu, kiedy Jakub Kuźba śpiewał po angielsku… Ale pomimo tych małych minusów spisywał się znakomicie – jego wibrujący, charyzmatyczny wokal, to moim zdaniem esencja koncertów Power of Trinity.

Tzw. „syndrom pokoncertowy” ujawnił się u mnie bardzo szybko, gdyż tuż po wyjściu z klubu co kilka minut nuciłem sobie pod nosem melodię z utworu „Chodź Ze Mną”. I widzę już oczami wyobraźni, co może się dziać podczas tegorocznych juwenaliów w Warszawie, kiedy w podobny trans wpadnie dużo szersza widownia. Nieważne, że wielu ludzi zetknie się wtedy z Power of Trinity być może po raz pierwszy – Łodzianie udowodnili w poniedziałek, że są prawdziwą koncertową (lux)torpedą.


Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.

środa, 28 marca 2012

Audycje #6-#9: Nadrabianie zaległości

Nadrabiamy zaległości z ostatnich tygodni: 4 ostatnie audycje, opisy, użyte utwory, a niedługo także (mam nadzieję) linki do zapisów audio! Spora mieszanka klimatów swoją drogą.
#6 Nu-metal / Rapcore
Dużo utworów anglojęzycznych z pogranicza rocka i rapu, audycja zakończona już w typowych hip-hopowych klimatach. 

1. Reveille - Comin' Back
2. Reveille - Inside Out
3. Papa Roach - Between Angels and Insects
4. Linkin Park - Papercut
5. Linkin Park & Jay-Z - Points of Authority / 99 Problems / One Step Closer
6. X-Ecutioners - It's Goin' Down (feat. Linkin Park)
7. Dead Celebrity Status - We Fall, We Fall (feat. Dave Navarro & Stephen Perkins)
8. Kanye West & Jay-Z - Who Gon' Stop Me
9. Kanye West & Jay-Z - Niggas in Paris
10. J. Cole - Disgusting
11. J. Cole - Work Out


#7 Rock getting Heavier
Z okazji ogłoszenia Machine Head na Sonisphere wraz z Metallicą powstała audycja zmierzająca ku klimatom cięższym. Była zatem okazja, żeby przypomnieć o Mastodonie i Slayerze, które również zagrają tego lata w Polsce (na Ursynaliach, najgrubszym festiwalu studenckim, który przestaje być tylko "studenckim", a kieruje się w coraz bardziej profesjonalną stronę)

1. Bullet for my Valentine - Intro 
2. Nine Inch Nails - Complication 
3. Nine Inch Nails - Mr Self Destruct   
4. Metallica - All Nightmare Long
5. Mastodon - The Wolf Is Loose 
6. Mastodon - Colony of Birchmen 
7. Slayer - World Painted Blood 
8. Machine Head - Davidian 
9. Machine Head - Beautiful Mourining 
10. Machine Head - Locust 



#8 Rock vs Rap PL
Drugi raz pozwoliłem sobie na ucieczkę do polskiego rapu, którego na moich winampowych playlistach jest w ostatnim czasie sporo. Ale zaczęło się oczywiście od czegoś bliższego rockowym klimatom: osadzonego w nu-metalowych klimatach najbardziej niedocenionego, nieistniejącego już polskiego zespołu, czyli Cropli. Sprawdziliśmy też Mamę Selitę (tak to się odmienia?:), czyli polskie połączenie Red Hotów i Limp Bizkit, gdzie rządzi funk i rap, choć wciąż za mało w tym energii i melodii. Płynnie udało się przejść do relacji z Domówki, gdzie najbardziej zachwycił Kękę, a potem oddałem się rozkminom, dlaczego RAP da się lubić. A że audycja zbiegła się z dniem oficjalnej premiery krążka Etenszyn: Drimz Kamyn Tru, to i udało się zmieścić dwa numery z tej płyty, która w moim prywatnym rankingu zajmowała już wtedy, jak i teraz, pierwsze miejsce wśród polskich albumów rapowych 2012.

1. Cropla - Orphanage 
2. Cropla - Falling Down 
3. Mama Selita - Brudne Bomby 
4. Mama Selita - Rocky 
5. Wyga - Serce, Rozum i Głos
6. Łona - Fruźki Wolą Optymistów 
7. Kękę - Po Horyzont 
8. Pezet/Małolat - Jestem Sam 
9. Ten Typ Mes - Szukam 
10. VNM - Fan 
11. VNM - Na Weekend 


#9 Nu-metal PART(Y) 2
Z małymi problemami, ale odbyła się wreszcie druga część audycji poświęconej kapelom łączącym z powodzeniem rockowe i rapowe klimaty. A okazji było co niemiara, bo ogłoszone na OWF Linkin Park, ogłoszone na Ursynalia Limp Bizkit... Odpowiadaliśmy sobie także na pytania, co ma wspólnego Limp Bizkit z Christiną Aguilerą i Britney Spears oraz jak w ich przypadku kilka lat wpłynęło na sprzedaż płyt na świecie. Udało się przedstawić dziwną stronę crossoveru, czyli Hollywood Undead, którego słabsza druga płyta leciała w polskich stacjach radiowych (a właściwie - w jednej), a pierwsza - lepsza - już nie. No i nie zabrakło także odkrycia ostatnich dni autora audycji, czyli australijskiego zespołu brzmiącego jak P.O.D. i/lub Linkin Park oraz ma w swoim składzie członków o polsko brzmiących nazwiskach. Zabrakło czasu, żeby niektóre wątki rozwinąć, więc szerzej opisywane były one później jeszcze na fejsbogu. Audycja zakończona utworem-coverem granym przez Limp Bizkit na koncertach praktycznie zawsze.

1. Hollywood Undead – Young (Swan Songs, 2008)
2. Hollywood Undead - Everywhere I Go (Swan Songs, 2008)
3. Linkin Park - High Voltage (live) (Underground v2.0, 2002)
4. Linkin Park - Plc. 4 Mie Haed (Reanimation, 2002)
5. Linkin Park - Catalyst (A Thousand Suns, 2010)
6. A Broken Silence - Hope (A Broken Silence, 2011)
7. A Broken Silence - If You Did Know (All For What, 2009)
8. Pleymo - Tank Club (Doctor Tank’s Medicine Cake, 2002) 
9. Limp Bizkit - Livin' It Up (Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water, 2000)
10. Limp Bizkit – Shotgun (Gold Cobra, 2011)
11. Limp Bizkit – Faith (Three Dolar Bill, Y’All, 1997)



Drimz Kamyn Tru w Warszawie? [relacja]

Na ostatnim koncercie z udziałem VNM-a byłem bardzo dawno temu w maju 2010 roku, we Freshu, kiedy na imprezie charytatywnej prezentował się obok wielu czołowych raperów z polskiej sceny hip-hopowej. Tomek wypadł wtedy słabo – nie można było zupełnie zrozumieć rapowanych słów, w dodatku był mocno wstawiony. Na długi czas wtedy skreśliłem go ze swoich planów koncertowych. Minęło trochę czasu, w międzyczasie pojawiły się dwa legalne wydawnictwa, więc postanowiłem dać VNM-owi drugą szansę.


Mała dygresja: czy w Urban Garden, niezależnie od organizatora, koncerty zaczynają się o 22.00, pomimo że podają start o 21.30? Sądziłem, że to jednorazowe zjawisko przy okazji koncertu Medium, ale powtórzyło się. Wygląda na to, że albo będzie się przychodzić wcześniej i czekać albo przychodzić te pół godziny później i lekko ryzykować (a nuż koncert zacznie się zgodnie z podaną godziną?). Mogliby pisać „początek 22.00” i byłoby po sprawie. Koniec dygresji.

De Nekst Best okazało się w moim prywatnym rankingu jedną z najlepszych płyt 2011 roku, a Etenszyn: Drimz Kamyn Tru zdominowało pierwszy kwartał 2012. Wystarczyło powodów, żeby się przełamać i zobaczyć, jak Tomek daje sobie radę na koncertach. I okazało się, że poprawił znacznie wymowę, nie wypił chyba też za dużo przed występem. Pod tym kątem – wielka poprawa. Nie wiem tylko, dlaczego bał się podśpiewywać i na koncercie korzystał ze wspomagania w postaci podkładu w tych newralgicznych momentach. Lekko się rozczarowałem, bo byłem ciekaw, jak te śpiewane wstawki, zjawisko dość rzadkie w polskim rapie, wychodzą VNM-owi na żywo. Nie udało się. Wyglądało to słabo, ale cóż, dało się z czasem przyzwyczaić.

To, co w Urban Garden było zdecydowanie na plus, to goście, których zaprosił VNM. Pojawili się oczywiście Marysia Starosta, Łozo i Tomson, którzy udzielali się wokalnie na E:DKT, ale nie zabrakło też. Włodiego, który wykonał z VNM-em Róże Betonu. Sam dobór kawałków także niezły – było różnorodnie, bo na tle tych z ostatniej płyty pojawiły się też starsze numery, zwrotka z I Żeby Było Normalnie z PROSTO Mixtape czy już kultowy Placek z haszem. „Fał” dawał od siebie podczas występu dużo energii, utrzymywał świetny kontakt z publiką czy nawet zrobił pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą sprawą były też czerwone balony z helem wręczane dziewczynom, które potem trzymały je w tłumie, co było fajnym nawiązaniem do okładki E:DKT i nieźle sprawdziło się w praktyce. Ale no właśnie… tłum. Nie było ścisku, choć nie można powiedzieć też, że w Urban Garden było pusto – frekwencja na umiarkowanym poziomie. A sama publika… no nie wiem, atmosfera była trochę „biesiadna”. Wyglądało to tak, jakby niektórzy z obecnych tam ludzi niezbyt często chodzili na koncerty. A przynajmniej nie na koncerty rapowe. Nie czuło się vibe’u pod sceną. Wieczór spędzony nieźle, ale jakiś niedosyt z tego powodu pozostał.

piątek, 10 lutego 2012

Medium - tworzy się coś wielkiego [relacja]

Mimo że sobotni (28.01) koncert Medium w warszawskim Urban Garden nie był najgorętszym, najbardziej wyczekiwanym czy najmocniejszym występem hip-hopowym tego roku, to wiele osób mogło sobie pomyśleć „oglądamy człowieka, który będzie lada chwila wymieniany jednym tchem z najlepszymi raperami w kraju”. Bo istotnie wszystko jest na jak najlepszej drodze ku temu.


Urban Garden – pierwszy raz zdarzyło mi się być na koncercie właśnie w tym miejscu i… wyszedłem pozytywnie zaskoczony. Lokalizacja – samiutkie centrum Warszawy. Sala dla palaczy znajduje się obok koncertowej, ale dzięki dobrej wentylacji dym papierosowy w żadnym stopniu nie przenika z jednej do drugiej – dobrze wrócić do domu w ciuchach, które nie śmierdzą fajkami. Przestrzeń na kilkaset osób i całkiem niezłe nagłośnienie – kolejny plusy tego miejsca. Bardzo szybko Urban Garden trafia do listy najlepszych miejsc nadających się na hip-hopowe imprezy. Jedynym minusem, niezwiązanym bezpośrednio z klubem, było półgodzinne opóźnienie. Jak na koncerty raperów, to i tak stosunkowo mało, ale przyznam się, że nie do końca ogarniam fenomen tych „kontrolowanych” obsuw. Jeśli już pojawia się informacja o konkretnej godzinie rozpoczęcia, to dobrze się tego trzymać. Pocieszał fakt, iż zaplanowana była tego dnia w klubie jeszcze jedna impreza, więc samo opóźnienie też nie mogło być za duże. I istotnie, chwilę przed 22.00 Piotrek Kowalczyk, czyli Medium pojawił się na scenie.

Nie było fanfar, werbli, jakiejś zbędnej napinki… Bez gwiazdorzenia, jak to słusznie sam artysta zauważył. I taki stan rzeczy utrzymywał się przez cały występ – odczuwalne było to, że Medium chce rapować do ludzi, do każdej osoby obecnej w klubie. Co prawda zaczęło się wszystko trochę słabszym, niż można byłoby się spodziewać, freestyle’em, ale cytując Łonę: „to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy” – może ten gorszy początek był spowodowany lekką chorobą rapera? W dalszej części koncertu nie miało to już większego znaczenia, bo z każdym kolejnym utworem było coraz lepiej. Medium pokazał klasę: na żywo jego głos nic nie tracił ze swojej wyrazistości, a był praktycznie cały czas w użyciu, bo nie było rapujących gości czy hypemana, którzy daliby chwilę oddechu. Była to solidna godzina rapu przerywana niezłym freestyle’em oraz trochę wymuszonymi beatboxowymi wstawkami. Ważna była również komunikacja z ludźmi pod sceną, ta nić porozumienia między artystą a odbiorcą. Jakimś sposobem Medium z mic’iem na żywo budzi niesamowite zaufanie. Piotrek ponadto przy kilku utworach pokusił się również o drobny komentarz oraz zaapelował do zebranych, żeby nie brać wszystkiego zawartego na Teorii Równoległych Wszechświatów na poważnie. I można jedynie mieć żal, że na koncercie Medium ograniczył się jedynie do tej płyty, choć z publiki dało się usłyszeć prośby o starszy materiał.

Co tu dużo mówić – nowe kawałki na żywo brzmią równie dobrze jak na płycie. Na szczególne wyróżnienie zasłużyły imprezowa Karuzela oraz pełen energii Obiekt Pożądania, które świetnie rozruszały ludzi pod sceną. A Medium jedynie potwierdził, że występy live są jego mocnym punktem.

Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.

Można czuć się idiotycznie robiąc rap w Polsce - wywiad z Pezetem



Zaczynam taki minicykl archiwalnych wywiadów, które udało mi się swego czasu z różnymi muzykami przeprowadzić. Ciekawie jest wrócić do dawnych pytań i odpowiedzi, zobaczyć, co wyszło z ich planów, ile czasu faktycznie było potrzeba do wydania kolejnej płyty itd. Czytając te wypowiedzi, można czasem bardzo łatwo skonfrontować je z rzeczywistością i np. skrytykować artystów za opieszałość czy niekonsekwencję, ale bardziej chciałbym tym cyklem pokazać względność wszystkich naszych planów. I to, że pod wpływem jednego wydarzenia każdy z nich może się zmienić. Nie bierzmy wszystkich przyszłościowych wywodów w wywiadach tak mocno serio.
Rozmowa przeprowadzona 8 marca 2008 roku. Klub Fresh (teraz Why Not?).


Boomer: Zacznę bardzo typowo, czyli od Twojej nowej płyty. Jak oceniasz „Muzykę Rozrywkową” na tle ostatnich dokonań innych artystów hip hopowych (O.S.T.R.-a, Eldo, Sokoła i Pono)? Oglądasz się w ogóle na resztę raperów?

Pezet: Na pewno nie oglądam się na innych raperów, ale staram się zapoznawać z tym, co się dzieje na rodzimej scenie hip hopowej. Myślę, że to jest normalne dla mnie jako twórcy, że nie słucham jakoś bardzo dużo polskiego rapu. Nie chcę się niepotrzebnie inspirować, ale próbuję być na bieżąco z tym, co się dzieje. Staram się kupić i przesłuchać każdą ciekawą płytę. Niestety nie zdążyłem zapoznać się z płytą Ostrego, więc nie wiem, jaka jest. Jeśli chodzi o płyty TPWC i Eldo to uważam, że są to bardzo dobre płyty. Nie sądzę jednak, że są to rzeczy, które należy porównywać, bo wraz z moją produkcją są to trzy kompletnie inne klimaty. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że TPWC i moja płyta mają jakiś wspólny mianownik, czyli mają jakieś podobieństwa w tematyce, ale nie jest ich dużo. Natomiast płyta Eldo jest zupełnie inna. Co ja mogę powiedzieć... Myślę, że nie wypadam przy nich blado.


Niektórzy ludzie, Twoi fani, mówią wprost, że jesteś najlepszy w tej branży. Potrafisz się jakoś do tego ustosunkować?

Bardzo miło mi to słyszeć. Wiesz, ja sam staram się tak myśleć, ale nie dlatego, że jestem narcyzem. Wiem, że w Polsce takie podejście jest negowane, szczególnie przez odbiorców. Oni nie rozumieją, że polski raper może myśleć, że jest najlepszy. Ja jednak jestem z rapem od bardzo dawnych lat i śledzę również rap zagraniczny , kolebkę rapu - Stany Zjednoczone, rap europejski itd. Mam w pamięci słowa KRS-ONE’a, który powiedział, że jeżeli raper chce być dobry, to nie może uważać, że nie jest najlepszy. Trzeba dążyć do doskonałości, trzeba siebie permanentnie przekonywać, że jest się najlepszym. I nie chodzi o rywalizację z innymi czy poczucie wyższości nad innymi, tylko sprawdzanie się z samym sobą. Przynajmniej dla mnie.

Ludzie zarzucają monotematyczność tekstów na nowej płycie - jedynie seks, wóda, imprezy i tak w kółko. Czy Ty nie odniosłeś podobnego wrażenia, tworząc „Muzykę Rozrywkową”?

Wydaje mi się, że jeżeli ktoś postrzega to tylko w taki sposób, że jest tam seks, wódka, imprezy i wcale nie ma ochoty dostrzec drugiego dna, to ok, może dla niego samego tak jest faktycznie. Niemniej jednak, w obrębie tych trzech rzeczy jest tam wiele różnych tematów. Co prawda one się zazębiają: traktują o relacjach damsko – męskich, takich raczej przygodnych, przeważnie o seksie, narkotykach czy o alkoholu, ale w różnym kontekście. I owszem, być może można twierdzić, że jest to monotematyczność. Myślę, że ktoś, komu po prostu taka treść nie odpowiada, będzie się koncentrował tylko na tym, że płyta jest monotematyczna i na niczym więcej. Nie jest jednak tak, że zawartość tekstowa tego krążka jest pozbawiona jakichkolwiek refleksji czy komentarza z mojej strony i moim zdaniem nie zawsze gloryfikuje ten styl życia. Uważam, że w przewrotny sposób mówi np. o samotności. Abstrahując jednak od tego, celowo pozbawiłem tę płytę innych treści, nie chciałem tam wkomponowywać różnych innych rzeczy, bo chciałem zachować jakąś konsekwencję. Oprócz tego, przede wszystkim chciałem zrobić muzykę rapową, która jest użytkowa i ma konkretne przeznaczenie. Z zamierzenia napisałem kawałki do klubu, samochodu itd., czyli imprezowy rap. Chciałem zrobić imprezową płytę i myślę, że to się sprawdziło. Twierdzę również, że przy takiej czy innej koncepcji, w zasadzie jeśli w ogóle ma się jakąś koncepcję na całość, monotematyczności w jakimś tam stopniu nie da się uniknąć.

Czy po „Na tym osiedlu” i „Noc i dzień” planujecie jeszcze zrobić jakiś klip? Wiele osób widziałoby „Gdyby miało nie być jutra” w tej roli. A może według Ciebie jeszcze inny kawałek powinien wyjść jako singiel?

Słuchaj, chcemy zrobić nowe klipy. Tylko realia są takie, że staramy się dobrać piosenki, do których można byłoby znaleźć jakichś sponsorów, ponieważ nie dysponujemy budżetem i ten budżet musimy skądś pozyskać. Bardzo chciałbym zrobić wideo do „Gdyby miało nie być jutra”. Nie wiem, czy to dojdzie do skutku, mam wielką nadzieję, że tak i dokładam wszelkich starań, żeby to wyszło. W najgorszym wypadku zrobimy do tego po prostu klip koncertowy, bo jest to kawałek przy którym publiczność reaguje najlepiej. Jeżeli jednak uda się pozyskać jakiś product placement, zrobimy wysokobudżetowy teledysk. Oprócz tego staram się doprowadzić do tego, żeby powstał klip do kawałka pt. „Halo”. Ponieważ cała treść tego numeru oparta jest na rozmowie przez telefon, upatrujemy szansy pozyskania product placementu typu telefonia komórkowa. Poza tym, mam grupę znajomych z osiedla, którzy próbują swoich sił: mój człowiek wraz z grupą ludzi(zarówno początkujących w tej branży, jak znanych nazwisk), zaoferowali zrobienie obrazu do „Nie tylko hit na lato”. Ten klip powstanie na pewno, zobaczymy jedynie, jaki będzie skutek. Jest to rzecz kompletnie pozbawiona budżetu – zakładamy że może być niewypał i wtedy tego nie wypuścimy. Ale jeżeli uda nam się zrobić coś fajnego, to na pewno również ten klip ujrzy światło dzienne.

Na „Muzyce Rozrywkowej” najlepiej prezentuje się „Noc i dzień” - kawałek, w którym wspiera Cię Małolat. Na ten rok planowane jest wydanie waszego wspólnego albumu. Wielu fanów jest bardzo ciekawych co z tego wyjdzie, możesz powiedzieć teraz coś więcej na temat tej produkcji?

Płyta będzie w konwencji czysto rapowej, w dosyć hardcore’owej wersji. Nie mam tu jednak na myśli ulicznego rapu, po prostu takie braggadacio, ale nie w stylu LL Cool J’a, czyli pozbawimy ją treści typu „Muzyka Rozrywkowa”. W tym tygodniu nagrywamy trzy kawałki, a poza tym nie mamy jeszcze żadnych tekstów. Jest za to sporo dobrych podkładów od Zjawina i Czarnego Olka (zrobił jeden bit na TPWC). Mamy nadzieję, że uda nam się skończyć realizację na tyle wcześnie, żeby móc wydać LP jesienią tego roku.


Powoli kończąc temat twojej płyty... W pierwszych wywiadach po wydaniu „MR” mówiłeś, że „wydarzenia opisane w tekstach są nieaktualne”, że to „codzienne chlanie, imprezy, dupy itp. już Cię nie interesują”. Jak się więc czujesz na koncertach, kiedy, siłą rzeczy, musisz rapować o tym co „jest nieaktualne” dla Ciebie?

Wiesz co... Myślę, że może wyolbrzymiłbym to, mówiąc, że jest to zadanie aktorskie, lecz mimo wszystko trzeba umieć się do czegoś przekonać i coś wykreować. Tamte wydarzenia były jednak tematem wszechobecnym w moim życiu przez dłuższy okres, umiałem się w nim odnaleźć, więc potrafię również znaleźć się w takiej stylistyce na trzeźwo, kreując coś ze starych nawyków i wspomnień. Poza tym najtrudniejsza część tego wszystkiego tkwi w faktycznej rezygnacji ze starego trybu życia, a nie w kreacji scenicznej. Teraz moje życie się ustabilizowało, ustatkowałem się, mam dziewczynę, z którą wiążę przyszłość i z którą, mam nadzieję, wezmę ślub itd. Nie chciałbym tego zmarnować, bo są to rzeczy ważniejsze niż życie opisane na „Muzyce rozrywkowej”. Tamten czas był dla mnie bardzo destrukcyjny, ale pociągający. W związku z tym wyjście na scenę i zagranie koncertu nie jest najtrudniejsze. Największym problemem jest nie wracanie do starego stylu życia.

Czy w takim razie będzie można się spodziewać po Twojej nowej produkcji tego Pezeta, którego znamy z chociażby dwóch pierwszych solowych albumów i powrotu do bardziej refleksyjnych tekstów?

Myślę, że tak, ale nigdy nie będzie już takiej stylistyki, jak na pierwszej czy drugiej płycie z Noon’em. Z różnych względów. Myślę, że po prostu nie należy się cofać, niezależnie od tego jakie są gusta ludzi. Uważam, że płyta „MR” jest progresem. To, że komuś może nie odpowiadać taka diametralna zmiana stylu, to jego problem. Było to pójście do przodu i czerpanie z nowych rzeczy. I przy następnej płycie również będę czerpał z nowych rzeczy. A czy będzie ona bardziej pozbawiona takich treści jak na „MR”? Myślę, że niezupełnie, bo nadal w swojej głowie mam sporo wspomnień na ten temat i mam wiele do powiedzenia. I niezależnie od tego, że tak nie żyję, wydaje mi się, że mogę nagrać coś takiego, ale nie będę się na tym koncentrował. Myślę, że będzie tam tez sporo refleksji, ale na pewno nie w stylu „Muzyki Poważnej”. Nie będę takim ekshibicjonistą, jeśli chodzi o moje życie prywatne w innej sferze niż impreza. Poza tym chciałbym sporo czerpać z rapu europejskiego, myślę że aktualnie najbardziej inspiruje mnie to, co się dzieje na Wyspach [Brytyjskich].

Czy z perspektywy Pawła Kaplińskiego, Pezeta, da się wyżyć w tym kraju z tworzenia hip hopu?

Ostatnio okazuje się, że tak. Narzekać nie mogę, jest coraz lepiej, no ale to też jest kwestia celu, do którego dążysz, tego, jaki standard życia ci odpowiada. Ja mam duże oczekiwania, także nie jest tak, że obecny stan mnie zadowala. Nie mogę powiedzieć, że jest źle czy że zarabiam mało, ale na pewno mogę powiedzieć, że nie zarabiam dużo. Na pewno również mam duże koszty. Pomimo mojej pozycji, tego, skąd wyszedłem w życiu i wsparcia, które dostałem od rodziny, nie miałem zagwarantowanych wielu rzeczy i sam muszę do tego dążyć. Tak więc mam dużo kredytów i takich tam. W kontekście tego uważam, że rap nie zapewnia należytych wynagrodzeń, które mogłoby zapewnić odpowiadający mi standard życia i nie mówię tu o sferze marzeń.

A obserwując innych raperów? Czy chłopaki, które tworzą dobry rap, mogą mieć nadzieję, że nie będzie on uznawany jedynie w wąskich, hermetycznych środowiskach i za swoją pracę otrzymają godziwe pieniądze  - będą mieli z czego żyć?

Nie wiem, ciężko mi powiedzieć. Niestety sytuacja rynku fonograficznego jako takiego, ogólnie, jest bardzo słaba w naszym kraju. Czy to rap czy nie, to wiesz, skandaliczne jest to, że w 40 milionowym kraju Doda sprzedaje - nie wiem ile dokładnie - około kilkudziesięciu tysięcy płyt. Wiesz, ja mówię z premedytacją o niej, bo jest największą gwiazdą w naszym kraju, to najbardziej rozpoznawalna osoba. Jeżeli odnieść do tego muzykę niszową – no bo tak trzeba potraktować rap w obecnej sytuacji – to wydaje mi się, że oni nie mogą na to liczyć. Wracając do pytania, to jest rzecz, która jeszcze długo będzie nie do przeskoczenia. Nie zmieni się to dopóki, dopóty nie powstanie jakieś nowe medium, coś, co będzie scalało muzykę i kulturę, czy film, czy cokolwiek dla młodych ludzi. Coś, co będzie oferowało to, czym młodzi ludzie się interesują. Uważam, że z wyjątkiem nurtu disco w najgorszym wydaniu, w zasadzie żadne media muzyczne, a tym bardziej publiczne, nawet komercyjne, włączając w to stacje radiowe, telewizje, wszystko, nie mają do zaoferowania młodym ludziom w zasadzie nic! Opiera się to albo na konwencji disco, albo na towarzystwie wzajemnej adoracji, która promuje od 40 lat te same gwiazdy typu Krzysztof Krawczyk, Kombi, cokolwiek... I tak to się odbywa. Do tego stopnia, że młodzi ludzie, którzy nie mają zbyt dużego wyboru, bo media im tego nie oferują, sięgają właśnie po tego rodzaju muzykę i nie jest im dana szansa zapoznania się z inną, jeżeli sami się do tego nie dokopią. W myśl tego uważam, że po prostu raperom będzie naprawdę ciężko przebić się do większego grona odbiorców.


Tak więc podsumowując: hip hop w Polsce ma przyszłość?

Mimo wszystko uważam, że tak. Bo to o czym mówiłem przed chwilą, szersze grono, może być celem, w który naprawdę ciężko trafić. Oprócz tego jednak nadal mamy swoje wąskie grono odbiorców i ono nie jest aż tak małe. Mamy sporo aktywistów hip hopowych, mamy ludzi, którzy są z tą kulturą związani od lat. Podejrzewam, że ci ludzie, którzy naprawdę kochają taką muzykę, pozostaną przy tym. Ci którzy nie idą tylko i wyłącznie za modą w życiu nadal będą wspierać tę muzykę. Zawsze będziemy mieli swoją niszę. Mówię tak dlatego, że uważam, iż hip hop jest muzyką taką samą, jak każda inna i, wiesz, można się pokusić o stwierdzenie, że punk-rock umarł, bo nie jest popularny tak jak kiedyś. Ale zespoły punkowe nadal mają swoją publiczność i będą miały. Podejrzewam, że tak samo będzie z nami. A ci, którym uda się bardziej wybić, być może będą gwiazdami na skalę ogólnopolską. Są przecież rockowe zespoły, które są rozpoznawalne latami typu Lady Punk czy Budka Suflera. Oczywiście uważam, że trzeba zwracać dużą uwagę na to, by nie popaść w jakieś totalne chałturnictwo, bo niektóre z tych rockowych zespołów niestety dało się temu zwieść.

A Tobie popularność pomaga czy raczej przeszkadza?

To zależy. Myślę, że mimo wszystko pomaga mi w życiu. Mówię „mimo wszystko”, bo bywa  uciążliwa z różnych względów.  Mianowicie, moja popularność jest nieadekwatna do zarobków, w związku z tym ciężko mi od niej uciekać. Rozpoznają mnie na ulicy. Oczywiście nie tak często jak Dodę, z czego się akurat cieszę, chociaż w zasadzie nie jest tak, że mogę iść ulicą, żeby ktoś mnie nie zaczepił. Tak więc zaczepiają mnie często. I są to różne zaczepki: jedni pozytywnie, inni nie. To się wiąże również z tym, że mam jakieś niemiłe konsekwencje swojej popularności – często jestem negowany, zaczepiany przez ludzi, od których się w zasadzie nie różnię, czyli przez osoby z takiego środowiska, z jakiego ja się wywodzę, i którzy po prostu z jakiejś zawiści czy zazdrości uważają, że mi się w jakiś sposób „udało” i w związku z tym nie należy mi się funkcjonowanie w tego rodzaju środowisku i trzeba mnie jakoś, wiesz, ukrócić. Zdarzają się ataki niemalże fizyczne. Ale no trudno, popularność ma jakąś swoją cenę. Mimo tego nie jest to aż tak uciążliwe i zdarza się, że mi bardzo pomaga.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że pogubiłeś się trochę w okresie szkoły średniej, że szukałeś swojej własnej drogi. Jak trafiłeś na rap? Co Cię w nim pociągało?

Wiesz, na rap trafiłem generalnie już gdzieś około 6 klasy podstawówki. Oczywiście moja droga była bardzo wyboista – sięgałem po różne nurty muzyki, w 8 klasie słuchałem The Doors itd. Do tej pory słucham różnej muzyki, ale rap zawsze bardzo mnie pociągał i przede wszystkim odpowiadał mi jako gatunek, który czułem że mogę w przyszłości uprawiać. Później zacząłem jakoś kopać w tym bardziej, zwłaszcza w okresie liceum. Wtedy też się pogubiłem, przestałem uczęszczać do szkoły na rzecz jazdy na desce, słuchania rapu z boomboxa i spędzania czasu na podwórku. Jeśli chodzi o moją drogę już w sensie wykonywania tego stylu: tak się złożyło, że w okresie, kiedy się zagubiłem poznałem chłopaków z TJK, Onara, Dizkreta, WuBego itd., zacząłem coś z nimi rapować. TJK się rozpadło, powstało Stare Miasto, później z Onarem założyliśmy Płomień. No i tak zaczęliśmy sobie próbować. Okazało się, że to wychodzi całkiem nieźle, w międzyczasie do tego rapu dokopywałem się coraz bardziej, kupowałem coraz więcej płyt, pożyczałem, przegrywałem. I po prostu, wiesz, tak się złożyło, że nagle powstało z tego coś profesjonalnego. Ktoś zapragnął wydać naszą płytę, więc weszliśmy na rynek i nagle, zupełnym przypadkiem stało się to moją drogą życiową, a nie tylko hobby.

A gdzie widzisz siebie za kilka lat? Czy dopuszczasz do siebie myśl, że będziesz w takim wieku, że nie będziesz wydawał płyt hip hopowych? Co wtedy?

Myślę, że jest możliwe uprawianie tej muzyki na luzie do 35-tego roku życia, pod warunkiem, że będę tego chciał i nie będę się czuł z tym idiotycznie. Z różnych względów można czuć się w Polsce idiotycznie robiąc rap. Oczywiście ja w swoim gronie się tak nie czuję, bo moi znajomi akceptują tę muzykę i rozumieją, o co w niej chodzi. Ale, jak rozmawiam z ludźmi starszymi, często nie kumają tego i umniejszają rolę muzyki rap – mówią, że jest to rzecz, która jest jakimś totalnym gówniarstwem i niczym więcej. Niemniej jednak jeżeli ta sytuacja się trochę zmieni, a wygląda na to że małymi kroczkami coś tam się zmienia, no to mogę robić rap do tej „35”. Oczywiście nie uważam, żeby to miała być moja jedyna furtka w życiu. Mam różne plany, choć niezbyt konkretne. Zastanawiam się czy nie pójść do pracy w jakiejś firmie fonograficznej, bo chciałbym współpracować z muzyką. W każdym innym przypadku to się nie sprawdzało. Tzn. gdy próbowałem podejmować jakąś pracę nie związaną z muzyką, szybko rezygnowałem, albo mnie zwalniali. Nie zależało mi na tym, ponieważ nie odpowiada mi taka forma. Myślę, że mogę zrobić cokolwiek, np. założyć firmę ubraniową jak większość raperów w tym kraju lub zrobić jakąkolwiek pochodną rzecz niezwiązaną z robieniem własnej muzyki, ale związaną z muzyką ogólnie. Nie wiem jednak, co to będzie, nie mam recepty. Może się tak zdarzyć, że wyląduję na bruku. Bo, umówmy się, nie planuję swojej przyszłości w żadnym standardowym stylu jak wszyscy, na zasadzie: pójdźmy na studia, bo trzeba mieć papier; pójdźmy do pracy, bo trzeba mieć emeryturę. Wiesz, wydaje mi się, że w zachodnich społeczeństwach demokratycznych nie żyje się w ten sposób. Dają więcej wolności, są bardziej otwarte na nowe furtki, jakieś niestandardowe drogi planowania swojego życia i stwarzają możliwości. U nas, jeśli faktycznie masz cel i idziesz np. na prawo, nie tylko po to, żeby mieć papier, tylko robisz to z zainteresowaniem i pasją, to może masz większe szanse, ale i z tym bym nie przesadzał, bo dużo się niedawno mówiło o tym na jakich zasadach  załatwia się aplikacje. Tak czy inaczej, jeśli nie wybierasz prawa, ekonomii, handlu,  tylko rap, indie rock, house, generalnie muzykę czy cokolwiek twórczego: robienie filmów, pisanie scenariuszy, malowanie obrazów - i mógłbym tak dalej wymieniać - to mam wrażenie, że państwo nie stwarza możliwości, że ten ciemny rynek niczego nie oferuje. Co więcej, myślę że większe możliwości ma cała ta ciemna masa, która wybiera się na byle jakie studia, bez żadnego celu, tylko po papierek. Ale nie bądźmy pesymistami, zawsze można zostać pogodynką i wystąpić w tańcu z gwiazdami. Swoją drogą ten przypadek, to najlepszy przykład na wątpliwą jakość polskiego showbiznesu. To tyle.

No dobra, dzięki za wywiad.

Dziękuję również.