Tego dnia wszystko przebiegło już zgodnie z założeniami audycji. Zaczęło się standardowo, modern-rockowym Shinedown, którego krążek Amaryllis gromadzi w sobie niesamowite pokłady energii i jest pozycją obowiązkową dla fanów. A w zasadzie jest nawet najlepszym albumem hard-rockowym z tych, które w tym roku się ukazały. Potem było coraz bardziej przestrzennie...
Australijskie The Butterfly Effect, które nawiązuje bardziej do teorii chaosu niż filmu o tym samym tytule, oraz Brytyjskie Oceansize stały się swoistymi łącznikami między rockiem a post-rockiem. Przy okazji If These Trees Could Talk udało się zaprosić na ten i kilka innych post-rockowych koncertów, które niedługo odbywać się będą w Warszawie. Ciężko było mi nie puścić Mogwai - We're No Here, gdyż był to jeden z pierwszych kawałków, które tak mocno przyciągnęły mnie kiedyś do klimatów instrumentalnych. A zakończyliśmy jednym z moich prywatnych odkryć, które nigdy nie wybiło się nigdzie dalej (a być może już nawet nie istnieje). Ale Elements of Something Really Beautiful to kapela, która oprócz unikalnej, przydługiej nazwy (jakże to charakterystyczne dla post-rocka!) stworzyła jeden, ciekawy album: Hey Angel. A utwór My Life as Stardust to rzecz, która potrafi mocniej wbić się w głowę, posłuchajcie.
1. Shinedown - Carried Away (Us and Them deluxe edition, 2005) 2. Shinedown - Unity (Amaryllis, 2012) 3. The Butterfly Effect - 7 Days (Final Conversation of Kings, 2008) 4. The Butterfly Effect - Worlds On Fire (Final Conversation of Kings, 2008) 5. Oceansize - Unfamiliar (Frames, 2007) 6. Oceansize - Commemorative 9/11 T-shirt (Frames, 2007) 7. If These Trees Could Talk - Rebuilding the Temple of Artemis (Above the Earth, Below the Sky, 2009) 8. Mogwai - We're No Here (Mr Beast, 2006) 9. Elements of Something Really Beautiful - My Life as Stardust (Hey Angel, 2007)
Są przykładem zespołu
kompletnie nieobecnego w polskim mainstreamie, podczas gdy ich utwory spokojnie
mogłyby śmigać w rozmaitych rockowych stacjach radiowych. W ostatnim czasie
wygrali studencki festiwal GAPA Rock, nagrali długogrający album, teraz szykują
się do nagrania teledysku. A do tego ich koncerty to szalona energia sceniczna
oraz nieprzewidywalna, zwariowana integracja z publiką. Polska kapela, którą
warto znać, mimo że nie ma za sobą wielkiej wytwórni i tysięcy sprzedawanych
płyt. Jeszcze.
Hands Resist
Hubert "Variath" Traczyk - gary
Olek "Olo" Kosacki - wiosło #1
Karol Kawka - wiosło #2
Jacek "Jajco" Marek - grube struny
Michał "Yogi" Traczyk - glosowe struny
Ja: Spotykamy się prawie
dwa miesiące po wygranym przez Was festiwalu GAPA. Co się zmieniło od tamtego
czasu? Wykrystalizowała się już w głowach wizja teledysku, który był nagrodą za
zwycięstwo na tym przeglądzie? Kiedy możemy się spodziewać gotowego klipu?
Olo: Scenariusz
został dopasowany do tekstu. Do teledysku zaprosiliśmy wokalistkę CF98 –
Karcię, oraz sekcję dętą z zespołu The Mugshots, którzy udzielają się w
piosence „Wszystko to, co mam”, bo do tej piosenki będzie kręcony klip.
Karol:
Ustaliliśmy też, że oprócz fabuły częścią teledysku ma być gruba impreza.
Teledysk będziemy kręcić w kwietniu.
GAPA to był Wasz
pierwszy wygrany festiwal?
Olo: Festiwal
GAPA to pierwszy wygrany przez nas konkurs, wcześniej braliśmy udział np. w
Pepsi Rock Battlefield w Hard Rock Cafe. Nigdy nie mieliśmy szczęścia do
konkursów, wspomniany Pepsi Rock przegraliśmy 20 smsami! (śmiech)
To zacznijmy od
podstaw: czym jest Hands Resist, jaką muzę gracie?
Olo: Określenie
„melodyjny hardcore/punk” jest najbliższe temu, co gramy, aczkolwiek nie chcemy
zostać zaszufladkowani. Jest u nas dużo melodii, większość muzyki utrzymana w
konwencji punk rockowej, jest trochę hardcore’u w niektórych momentach. Staramy
się, aby nasza muzyka nie była tak prosta, jak „klasyczny” punk rock, ale nie
chcemy też przesadzić w drugą stronę.
W Internecie można
znaleźć Wasze utwory śpiewane zarówno po polsku, jak i po angielsku. Wiadomo,
że każda opcja ma swoje plusy i minusy, zdecydowaliście się już na jedną?
Karol: Na naszej
pierwszej płycie teksty będą po polsku. Zespołom w naszym kraju śpiewanie po
angielsku nie zawsze wychodzi na dobre, różnie to bywa. Mi osobiście nasze
teksty się podobają.
Olo: Był pomysł,
żeby drugą płytę (która już powoli powstaje na próbach) nagrać również po
angielsku, żeby było łatwiej o granie gdzieś poza granicami kraju… Zobaczymy.
Co Was odróżnia od tysięcy
innych młodych zespołów na polskiej scenie muzycznej?
Olo: Żaden zespół
nie ma takiego basisty jak Jajco! (śmiech)
Najzabawniejsza, najdziwniejsza
historia jaka zdarzyła się Wam przy okazji grania koncertu?
Olo: Ostatnio
nasz basista zszedł ze sceny i graliśmy bez niego…
Karol:
…powiedział, że zawsze chciał posłuchać swojego zespołu na żywo.
Żyjecie muzyką czy z
muzyki?
Olo: Z muzyki to
żaden z nas nie żyje…
Karol: …to znaczy
ja po części, bo udzielam lekcji gry na gitarze.
Olo: Utrzymywać
się z muzyki jest ciężko, ale jakby się już udało, to według mnie trzeba
uważać, żeby nie zrobić z tego podejścia stricte jak do pracy, bo traci się zajawkę
i radość jaką ma się z grania.
Karol: W Polsce
ciężko jest zarabiać na muzyce, a co dopiero z niej „żyć”. Trzeba zawsze
pamiętać, żeby mieć jakieś dodatkowe źródło dochodu. Niektórzy z nas się uczą,
niektórzy pracują i muzyka jest póki co naszym hobby. Nikt na wielką kasę
parcia nie ma, ale fajnie by było grać i mieć z tego jakieś pieniądze.
Perspektywy na
przyszłość? Czego oczekujecie po projekcie Hands Resist w perspektywie
kolejnych lat? Czy nie wybiegacie tak daleko w przyszłość i skupiacie się na
najbliższych miesiącach?
Olo: Robimy
wszystko, żeby grać jak najlepiej i mamy nadzieję, że kiedyś będziemy bardziej
rozpoznawalni. Pytanie tylko, czy ze sobą tyle wytrzymamy (śmiech).
Karol: Wszystko
się okaże po wydaniu płyty. Ja nie mam jakichś bardzo wielkich oczekiwań, ale
gdy wydamy płytę, to zobaczymy jak spodoba się ludziom, jak będzie z
propozycjami koncertów itd.
Jak wygląda proces
tworzenia? To bardziej obieranie jednej zgodnej drogi czy ciągłe ścieranie się?
Karol: Nasz
zespół to pięć totalnie różnych osób, każdy ma swoje pomysły i podejście,
pomimo, że słuchamy bardzo podobnej muzyki, są drobne szczegóły na temat
których potrafimy długo dyskutować, a czasem nawet się posprzeczać. Ale z
reguły jest tak, że wszyscy mają w miarę podobne zdanie. Staramy się przy pracy
nad drugą płytą dobierać kawałki, które stworzą jak najspójniejszy materiał.
Olo: Każdy z nas
ma swoje zdanie, swoje podejście i szanujemy siebie nawzajem. Często musimy
wybierać po prostu przez głosowanie.
Karol: Mamy już
ze dwie dłuższe trasy przejechane, znamy się dosyć dobrze, w różnych stanach
świadomości… Także myślę, że jesteśmy dobrze zgrani. Ale tarcia muszą wszędzie
występować. Jakbyśmy się nie ścierali, to ta muzyka byłaby pewnie nudna.
Czego mogą się
spodziewać po Waszej nowej płycie wieloletni fani oraz osoby, które z Hands
Resist zetkną się po raz pierwszy?
Karol: Mamy dużo
różnorodnych inspiracji, ale nasze kawałki wyróżnia przede wszystkim to, że są
łatwe do zanucenia.
Olo: Ci, którzy
nas znają, to nas znają, więc wiedzą, czego się spodziewać, a nowi słuchacze
puszczą płytkę i też im się spodoba (śmiech). Ostatnio puszczałem paru
znajomym, którzy powiedzieli, że jest to fajne mocne granie, ale na płycie są
też utwory, które mogą wpaść w ucho ludziom nie słuchający na co dzień punk
rockowej muzyki. Tak jak np. kawałek, do którego będziemy robili teledysk.
(„Wszystko to, co mam”)
Karol: Na pewno
każdy na tej płycie znajdzie coś dla siebie.
Jak trudno jest
znaleźć młodemu zespołowi w Polsce wydawcę? Jakiego wsparcia konkretnie
oczekujecie?
Olo: Nie jest
łatwo i byliśmy na to przygotowani.
Karol: W Polsce
jest bardzo dużo zespołów, które nie są znane, a grają muzykę na naprawdę
wysokim poziomie. Nie rozumiem tego, że nie mogą się gdzieś wybić dalej. W
naszym kraju promuje się zespoły o naprawdę wątpliwej wartości artystycznej.
Jest dużo świetnych polskich zespołów, które poznałem choćby już podczas gry w
Hands Resist, poprzez wspólne koncerty i środowisko. Generalnie ciężko jest
znaleźć wydawcę, na razie wysłaliśmy do kilku wytwórni promocyjne egzemplarze
płyty i czekamy na jakieś odpowiedzi.
Variath: Jest
garstka zespołów, które grają podobną do nas muzykę, ale nie ma wytwórni, która
wydawałaby stricte takie brzmienia. Z reguły większe wytwórnie nie biorą pod
skrzydła punk rockowych zespołów, bo uważają, że to się nie sprzeda, a jak się
nie sprzeda, to po co w to ładować pieniądze? Niestety króluje tu podejście
czysto „biznesowe”. Muzyką punk rockową są zainteresowane raczej mniejsze
wytwórnie. Jest np. Antena Krzyku, która wydaje CF98, jest też Mystic Records,
który wydaje sporo undergroundowych brzmień, może nie stricte punrockowych, ale
„w okolicach”.
Olo: Jeżeli
chodzi o wydanie płyty, to interesuje nas głównie wsparcie promocyjne wydawcy.
Karol: No bo co z
tego, że płyta byłaby nawet w sklepach, skoro nikt by o niej nie wiedział?
Zresztą promocja to klucz do wszystkiego, co zauważyliśmy na niektórych
koncertach. Jeśli wydarzenie jest dobrze wypromowane, to zazwyczaj przychodzi
mnóstwo osób, co widać było np. na koncercie w warszawskiej Hydrozagadce.
Variath:
Ciekawostka: był ostatnio koncert hardcore’owy mojego znajomego. Koncert odbył
się w niedzielę o godzinie 15 i przyszło 200 osób! Więc może to też jest jakiś
pomysł, żeby robić koncerty o tak wczesnej godzinie. Oczywiście promocja jest
najważniejsza :)
Wasze największe inspiracje?
Chórem: Rise
Against!
Karol: Jajco cały
czas powtarza, że chciałby na jednej scenie z Pennywise się znaleźć, nawet by
dopłacił.
A co z łatką polskiego
The Offspring, która gdzieś tam za Wami chodzi?
Variath: Dla mnie
to jest w ogóle najlepsza łatka, jaka może być. Bardzo lubimy wszyscy ten
zespół i to jest jedna z naszych głównych inspiracji. Wiadomo, że trzeba
kreować swój styl, ale jakby mieli nas do kogoś porównywać, to zestawianie z
The Offspring bardzo nas cieszy.
W dzisiejszych
czasach kontakt z fanami jest bardzo ważny. Jak to wygląda u Was?
Olo: Cieszy nas
to, że pomimo tego, że jeszcze nie wydaliśmy płyty – mnóstwo osób śpiewa piosenki
na koncertach! Myślę, że wystarczy
przyjść na nasz koncert, raz czy drugi – i to się od razu „łapie”. Mamy do tego
charyzmatycznego wokalistę, który zawsze ma dobry kontakt z fanami. Ostatnio
przecież nawet basista zszedł ze sceny do ludzi, żeby się integrować z publiką
(śmiech).
Jak się dzisiaj
promuje bądź co bądź młody zespół, który dopiero walczy o fanów, obecność w
mediach i popularność? Bez Facebooka chyba ani rusz…
Olo: Facebook to
jest dzisiaj jedna z obowiązkowych spraw. Niemożliwe, żeby jakaś firma czy
zespół istniały bez strony na tym portalu społecznościowym. Yogi (nasz wokalista)
zajmuje się ogarnianiem naszego facebooka, często pisze posty, utrzymuje
kontakt z fanami, wysyła różne ciekawostki.
Karol: Generalnie
staramy się w każdy sposób zainteresować ludzi w internecie – z nowej płyty
udostępniliśmy na YouTube jeden utwór - „Zza Zamkniętych Drzwi”, który poniekąd
promuje ten krążek. A do tego dojdzie oczywiście za jakiś czas wspomniany klip
promocyjny, do którego jest kręcony teledysk (utwór „Wszystko to, co mam”).
Czy oprócz sprzedaży
fizycznych egzemplarzy macie zamiar udostępnić nową płytę w internecie za
darmo?
Variath:
Chcielibyśmy udostępnić za darmo cały album. Kto ma go kupić w wersji
„fizycznej”, ten i tak kupi. Wiadomo, że nie zależy nam na kasie, tylko na tym,
żeby jak najwięcej ludzi słuchało naszej muzyki. Gdy płyta będzie do
ściągnięcia i na przykład - pobierze ją 100 osób, a kupi 50, to i tak będzie
dobrze – w końcu te 100 dodatkowych osób pozna naszą muzykę. Może być tylko
tak, że jakaś wytwórnia zabroni nam udostępniać płyty za darmo, wtedy trzeba
będzie się jakoś dogadać.
Czego Wam życzyć tak na koniec?
Variath: Czego
życzyć?Przede wszystkim fajnego
wydawcy, który pomoże nam w promocji naszego debiutanckiego albumu. Mamy
nadzieję, że już niedługo będziemy mogli podzielić się z naszymi fanami naszą
muzyką prezentując im naszą płytę! Nie możemy się doczekać. Zapraszamy
serdecznie wszystkich na nasze koncerty, oraz na stronę na facebooku, gdzie
zawsze umieszczamy info nt tego, gdzie gramy, nowości itd. - http://www.facebook.com/Hresist .
Pozdrawiamy wszystkich serdecznie!
Wywiad zarejestrowany dla Miesięcznika Kulturalnego I.PEWU.
Występy na żywo mają w sobie niesamowitą
moc, bo potrafią przekonać do konkretnego zespołu, płyty czy piosenki. I
tak też było trochę w moim przypadku, kiedy wybierałem się na koncert
Power of Trinity, nie będąc w 100% dobrze nastawionym do ostatniej
płyty. Od koncertu minął tydzień, a krążek „Loccomotiv” praktycznie nie
opuszcza mojego odtwarzacza.
Łódzka kapela jest swoistym ewenementem
na skalę kraju, gdyż nikt tak nie łączy reggae’owych klimatów z
rockowymi riffami. Dlatego nawet taka osoba jak ja, której raczej nie po
drodze z muzyką reggae, znajduje już od kilku lat w ich twórczości coś
dla siebie. Co prawda pierwsza płyta Power of Trinity – „11” nie
odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego, ale chłopaki z nawiązką odbili
to sobie drugim krążkiem, Loccomotiv. Z początku ten materiał do mnie
nie przemówił, ale dzięki poniedziałkowemu koncertowi udało się odkryć
Power of Trinity na nowo i docenić progres, jaki wykonali od „11”. Kiedy
pojawiłem się w Hard Rock Cafe, na scenie publiczność rozgrzewał
jeszcze support w postaci StraightMinds. I trzeba przyznać, że
stylistycznie pasowali do gwiazdy wieczoru: mogła zapaść w pamięć
rockandrollowa forma i sceniczne zachowanie wokalisty. Potem,
punktualnie, na scenie pojawili się panowie z Power of Trinity. W
Warszawie z tym rozpoczynaniem koncertów o czasie jest tak sobie, więc
zdecydowanie trzeba wyróżnić to na plus.
A sam koncert… Profesjonalnie
dostarczona energia. Łódzki zespół przez grubo ponad godzinę
zaprezentował fanom obecnym w Hard Rock Cafe mieszankę swoich obu płyt.
Było różnorodnie, było energetycznie, było melodyjnie. Z perspektywy
koncertowej utwory z pierwszego albumu wypadały nawet lepiej niż
nagrania studyjne, z drugiego – porównywalnie. Tym niemniej Power of
Trinity na żywo wytwarzają klimat naturalnie bliższy imprezowemu niż
takiemu, gdzie tylko się stoi i sączy piwo. Dlatego zgromadzona licznie
publiczność – o dziwo, w końcu to jednak poniedziałek – mniej lub
bardziej żwawo poruszała się w rytm kolejnych utworów. Oczywiście wiele
osób wyczekiwało na singlowe „Chodź Ze Mną”, które pozamiatało
konkurencję na wielu listach rockowych, w tym i w tych najpopularniejszych stacjach radiowych. Na
szczęście kapela swój największy hit zagrała prawie pod sam koniec.
Jeśli czegoś miałbym się czepiać, to może nieudolnej interakcji
wokalisty z ludźmi pomiędzy utworami. Można też było mieć kłopoty ze
zrozumieniem tekstu, kiedy Jakub Kuźba śpiewał po angielsku… Ale pomimo
tych małych minusów spisywał się znakomicie – jego wibrujący,
charyzmatyczny wokal, to moim zdaniem esencja koncertów Power of
Trinity.
Tzw. „syndrom pokoncertowy” ujawnił się u
mnie bardzo szybko, gdyż tuż po wyjściu z klubu co kilka minut nuciłem
sobie pod nosem melodię z utworu „Chodź Ze Mną”. I widzę już oczami
wyobraźni, co może się dziać podczas tegorocznych juwenaliów w Warszawie, kiedy w podobny trans wpadnie dużo szersza widownia.
Nieważne, że wielu ludzi zetknie się wtedy z Power of Trinity być może
po raz pierwszy – Łodzianie udowodnili w poniedziałek, że są prawdziwą
koncertową (lux)torpedą.
Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.
Nadrabiamy zaległości z ostatnich tygodni: 4 ostatnie audycje, opisy, użyte utwory, a niedługo także (mam nadzieję) linki do zapisów audio! Spora mieszanka klimatów swoją drogą.
#6 Nu-metal / Rapcore
Dużo utworów anglojęzycznych z pogranicza rocka i rapu, audycja zakończona już w typowych hip-hopowych klimatach.
1. Reveille - Comin' Back
2. Reveille - Inside Out
3. Papa Roach - Between Angels and Insects
4. Linkin Park - Papercut
5. Linkin Park & Jay-Z - Points of Authority / 99 Problems / One Step Closer
6. X-Ecutioners - It's Goin' Down (feat. Linkin Park)
7. Dead Celebrity Status - We Fall, We Fall (feat. Dave Navarro & Stephen Perkins)
8. Kanye West & Jay-Z - Who Gon' Stop Me
9. Kanye West & Jay-Z - Niggas in Paris
10. J. Cole - Disgusting
11. J. Cole - Work Out
#7 Rock getting Heavier
Z okazji ogłoszenia Machine Head na Sonisphere wraz z Metallicą powstała audycja zmierzająca ku klimatom cięższym. Była zatem okazja, żeby przypomnieć o Mastodonie i Slayerze, które również zagrają tego lata w Polsce (na Ursynaliach, najgrubszym festiwalu studenckim, który przestaje być tylko "studenckim", a kieruje się w coraz bardziej profesjonalną stronę)
1. Bullet for my Valentine - Intro
2. Nine Inch Nails - Complication
3. Nine Inch Nails - Mr Self Destruct
4. Metallica - All Nightmare Long
5. Mastodon - The Wolf Is Loose
6. Mastodon - Colony of Birchmen
7. Slayer - World Painted Blood
8. Machine Head - Davidian
9. Machine Head - Beautiful Mourining
10. Machine Head - Locust
#8 Rock vs Rap PL
Drugi raz pozwoliłem sobie na ucieczkę do polskiego rapu, którego na moich winampowych playlistach jest w ostatnim czasie sporo. Ale zaczęło się oczywiście od czegoś bliższego rockowym klimatom: osadzonego w nu-metalowych klimatach najbardziej niedocenionego, nieistniejącego już polskiego zespołu, czyli Cropli. Sprawdziliśmy też Mamę Selitę (tak to się odmienia?:), czyli polskie połączenie Red Hotów i Limp Bizkit, gdzie rządzi funk i rap, choć wciąż za mało w tym energii i melodii. Płynnie udało się przejść do relacji z Domówki, gdzie najbardziej zachwycił Kękę, a potem oddałem się rozkminom, dlaczego RAP da się lubić. A że audycja zbiegła się z dniem oficjalnej premiery krążka Etenszyn: Drimz Kamyn Tru, to i udało się zmieścić dwa numery z tej płyty, która w moim prywatnym rankingu zajmowała już wtedy, jak i teraz, pierwsze miejsce wśród polskich albumów rapowych 2012.
1. Cropla - Orphanage
2. Cropla - Falling Down
3. Mama Selita - Brudne Bomby
4. Mama Selita - Rocky
5. Wyga - Serce, Rozum i Głos
6. Łona - Fruźki Wolą Optymistów
7. Kękę - Po Horyzont
8. Pezet/Małolat - Jestem Sam
9. Ten Typ Mes - Szukam
10. VNM - Fan
11. VNM - Na Weekend
#9 Nu-metal PART(Y) 2
Z małymi problemami, ale odbyła się wreszcie druga część audycji poświęconej kapelom łączącym z powodzeniem rockowe i rapowe klimaty. A okazji było co niemiara, bo ogłoszone na OWF Linkin Park, ogłoszone na Ursynalia Limp Bizkit... Odpowiadaliśmy sobie także na pytania, co ma wspólnego Limp Bizkit z Christiną Aguilerą i Britney Spears oraz jak w ich przypadku kilka lat wpłynęło na sprzedaż płyt na świecie. Udało się przedstawić dziwną stronę crossoveru, czyli Hollywood Undead, którego słabsza druga płyta leciała w polskich stacjach radiowych (a właściwie - w jednej), a pierwsza - lepsza - już nie. No i nie zabrakło także odkrycia ostatnich dni autora audycji, czyli australijskiego zespołu brzmiącego jak P.O.D. i/lub Linkin Park oraz ma
w swoim składzie członków o polsko brzmiących nazwiskach. Zabrakło czasu, żeby niektóre wątki rozwinąć, więc szerzej opisywane były one później jeszcze na fejsbogu. Audycja zakończona utworem-coverem granym przez Limp Bizkit na koncertach praktycznie zawsze.
1. Hollywood Undead – Young (Swan Songs, 2008)
2. Hollywood Undead - Everywhere I Go (Swan Songs, 2008)
3. Linkin Park - High Voltage (live) (Underground v2.0, 2002) 4. Linkin Park - Plc. 4 Mie Haed (Reanimation, 2002) 5. Linkin Park - Catalyst (A Thousand Suns, 2010) 6. A Broken Silence - Hope (A Broken Silence, 2011) 7. A Broken Silence - If You Did Know (All For What, 2009) 8. Pleymo - Tank Club (Doctor Tank’s Medicine Cake, 2002)
9. Limp Bizkit - Livin' It Up (Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water, 2000) 10. Limp Bizkit – Shotgun (Gold Cobra, 2011) 11. Limp Bizkit – Faith (Three Dolar Bill, Y’All, 1997)
Na ostatnim koncercie
z udziałem VNM-a byłem bardzo dawno temu w maju 2010 roku, we Freshu, kiedy na imprezie
charytatywnej prezentował się obok wielu czołowych raperów z polskiej sceny
hip-hopowej. Tomek wypadł wtedy słabo – nie można było zupełnie zrozumieć
rapowanych słów, w dodatku był mocno wstawiony. Na długi czas wtedy skreśliłem
go ze swoich planów koncertowych. Minęło trochę czasu, w międzyczasie pojawiły
się dwa legalne wydawnictwa, więc postanowiłem dać VNM-owi drugą szansę.
Mała dygresja: czy w Urban Garden, niezależnie od organizatora,
koncerty zaczynają się o 22.00, pomimo że podają start o 21.30? Sądziłem, że to
jednorazowe zjawisko przy okazji koncertu Medium, ale powtórzyło się. Wygląda
na to, że albo będzie się przychodzić wcześniej i czekać albo przychodzić te
pół godziny później i lekko ryzykować (a nuż koncert zacznie się zgodnie z
podaną godziną?). Mogliby pisać „początek 22.00” i byłoby po sprawie.
Koniec dygresji.
De Nekst Best okazało się w moim prywatnym
rankingu jedną z najlepszych płyt 2011 roku, a Etenszyn: Drimz Kamyn Tru
zdominowało pierwszy kwartał 2012. Wystarczyło powodów, żeby się przełamać i zobaczyć,
jak Tomek daje sobie radę na koncertach. I okazało się, że poprawił znacznie
wymowę, nie wypił chyba też za dużo przed występem. Pod tym
kątem – wielka poprawa. Nie wiem tylko, dlaczego bał się podśpiewywać i na
koncercie korzystał ze wspomagania w postaci podkładu w tych newralgicznych
momentach. Lekko się rozczarowałem, bo byłem ciekaw, jak te śpiewane wstawki,
zjawisko dość rzadkie w polskim rapie, wychodzą VNM-owi na żywo. Nie udało się.
Wyglądało to słabo, ale cóż, dało się z czasem przyzwyczaić.
To, co w Urban Garden było zdecydowanie na plus, to goście,
których zaprosił VNM. Pojawili się oczywiście Marysia Starosta, Łozo i Tomson,
którzy udzielali się wokalnie na E:DKT, ale nie zabrakło też. Włodiego, który
wykonał z VNM-em Róże Betonu. Sam dobór kawałków także niezły – było
różnorodnie, bo na tle tych z ostatniej płyty pojawiły się też starsze numery,
zwrotka z I Żeby Było Normalnie z PROSTO Mixtape czy już kultowy Placek z haszem.
„Fał” dawał od siebie podczas występu dużo energii, utrzymywał świetny kontakt z publiką czy
nawet zrobił pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą sprawą były też czerwone balony z
helem wręczane dziewczynom, które potem trzymały je w tłumie, co było fajnym
nawiązaniem do okładki E:DKT i nieźle sprawdziło się w praktyce. Ale no właśnie…
tłum. Nie było ścisku, choć nie można powiedzieć też, że w Urban Garden było
pusto – frekwencja na umiarkowanym poziomie. A sama publika… no nie wiem,
atmosfera była trochę „biesiadna”. Wyglądało to tak, jakby niektórzy z obecnych
tam ludzi niezbyt często chodzili na koncerty. A przynajmniej nie na koncerty
rapowe. Nie czuło się vibe’u pod sceną. Wieczór spędzony nieźle, ale jakiś
niedosyt z tego powodu pozostał.
Mimo że sobotni (28.01) koncert Medium w
warszawskim Urban Garden nie był najgorętszym, najbardziej wyczekiwanym
czy najmocniejszym występem hip-hopowym tego roku, to wiele osób mogło
sobie pomyśleć „oglądamy człowieka, który będzie lada chwila wymieniany
jednym tchem z najlepszymi raperami w kraju”. Bo istotnie wszystko jest
na jak najlepszej drodze ku temu.
Urban Garden – pierwszy raz zdarzyło mi
się być na koncercie właśnie w tym miejscu i… wyszedłem pozytywnie
zaskoczony. Lokalizacja – samiutkie centrum Warszawy. Sala dla palaczy
znajduje się obok koncertowej, ale dzięki dobrej wentylacji dym
papierosowy w żadnym stopniu nie przenika z jednej do drugiej – dobrze
wrócić do domu w ciuchach, które nie śmierdzą fajkami. Przestrzeń na
kilkaset osób i całkiem niezłe nagłośnienie – kolejny plusy tego
miejsca. Bardzo szybko Urban Garden trafia do listy najlepszych miejsc
nadających się na hip-hopowe imprezy. Jedynym minusem, niezwiązanym
bezpośrednio z klubem, było półgodzinne opóźnienie. Jak na koncerty
raperów, to i tak stosunkowo mało, ale przyznam się, że nie do końca
ogarniam fenomen tych „kontrolowanych” obsuw. Jeśli już pojawia się
informacja o konkretnej godzinie rozpoczęcia, to dobrze się tego
trzymać. Pocieszał fakt, iż zaplanowana
była tego dnia w klubie jeszcze jedna impreza, więc samo opóźnienie też
nie mogło być za duże. I istotnie, chwilę przed 22.00 Piotrek Kowalczyk,
czyli Medium pojawił się na scenie.
Nie było fanfar, werbli, jakiejś zbędnej
napinki… Bez gwiazdorzenia, jak to słusznie sam artysta zauważył. I
taki stan rzeczy utrzymywał się przez cały występ – odczuwalne było to,
że Medium chce rapować do ludzi, do każdej osoby obecnej w klubie. Co
prawda zaczęło się wszystko trochę słabszym, niż można byłoby się
spodziewać, freestyle’em, ale cytując Łonę: „to o niczym nie świadczy,
to nic nie znaczy” – może ten gorszy początek był spowodowany lekką
chorobą rapera? W dalszej części koncertu nie miało to już większego
znaczenia, bo z każdym kolejnym utworem było coraz lepiej. Medium
pokazał klasę: na żywo jego głos nic nie tracił ze swojej wyrazistości, a
był praktycznie cały czas w użyciu, bo nie było rapujących gości czy
hypemana, którzy daliby chwilę oddechu. Była to solidna godzina rapu
przerywana niezłym freestyle’em oraz trochę wymuszonymi beatboxowymi
wstawkami. Ważna była również komunikacja z ludźmi pod sceną, ta nić
porozumienia między artystą a odbiorcą. Jakimś sposobem Medium z mic’iem
na żywo budzi niesamowite zaufanie. Piotrek ponadto przy kilku utworach
pokusił się również o drobny komentarz oraz zaapelował do zebranych,
żeby nie brać wszystkiego zawartego na Teorii Równoległych Wszechświatów
na poważnie. I można jedynie mieć żal, że na koncercie Medium
ograniczył się jedynie do tej płyty, choć z publiki dało się usłyszeć
prośby o starszy materiał.
Co tu dużo mówić – nowe kawałki na żywo
brzmią równie dobrze jak na płycie. Na szczególne wyróżnienie zasłużyły
imprezowa Karuzela oraz pełen energii Obiekt Pożądania, które świetnie
rozruszały ludzi pod sceną. A Medium jedynie potwierdził, że występy
live są jego mocnym punktem.
Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.
Zaczynam taki minicykl archiwalnych wywiadów, które udało mi się swego czasu z różnymi muzykami przeprowadzić. Ciekawie jest wrócić do dawnych pytań i odpowiedzi, zobaczyć, co wyszło z ich planów, ile czasu faktycznie było potrzeba do wydania kolejnej płyty itd. Czytając te wypowiedzi, można czasem bardzo łatwo skonfrontować je z rzeczywistością i np. skrytykować artystów za opieszałość czy niekonsekwencję, ale bardziej chciałbym tym cyklem pokazać względność wszystkich naszych planów. I to, że pod wpływem jednego wydarzenia każdy z nich może się zmienić. Nie bierzmy wszystkich przyszłościowych wywodów w wywiadach tak mocno serio.
Rozmowa przeprowadzona 8 marca 2008 roku. Klub Fresh (teraz Why Not?).
Boomer: Zacznę bardzo typowo, czyli od Twojej nowej płyty. Jak
oceniasz „Muzykę Rozrywkową” na tle ostatnich dokonań innych artystów hip
hopowych (O.S.T.R.-a, Eldo, Sokoła i Pono)? Oglądasz się w ogóle na resztę
raperów?
Pezet: Na pewno nie oglądam się na innych raperów, ale staram się
zapoznawać z tym, co się dzieje na rodzimej scenie hip hopowej. Myślę, że to
jest normalne dla mnie jako twórcy, że nie słucham jakoś bardzo dużo polskiego
rapu. Nie chcę się niepotrzebnie inspirować, ale próbuję być na bieżąco z tym, co
się dzieje. Staram się kupić i przesłuchać każdą ciekawą płytę. Niestety nie
zdążyłem zapoznać się z płytą Ostrego, więc nie wiem, jaka jest. Jeśli chodzi o
płyty TPWC i Eldo to uważam, że są to bardzo dobre płyty. Nie sądzę jednak, że
są to rzeczy, które należy porównywać, bo wraz z moją produkcją są to trzy
kompletnie inne klimaty. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że TPWC i moja płyta
mają jakiś wspólny mianownik, czyli mają jakieś podobieństwa w tematyce, ale
nie jest ich dużo. Natomiast płyta Eldo jest zupełnie inna. Co ja mogę
powiedzieć... Myślę, że nie wypadam przy nich blado.
Niektórzy ludzie, Twoi fani, mówią wprost, że jesteś
najlepszy w tej branży. Potrafisz się jakoś do tego ustosunkować?
Bardzo miło mi to słyszeć. Wiesz, ja sam staram się tak
myśleć, ale nie dlatego, że jestem narcyzem. Wiem, że w Polsce takie podejście
jest negowane, szczególnie przez odbiorców. Oni nie rozumieją, że polski raper
może myśleć, że jest najlepszy. Ja jednak jestem z rapem od bardzo dawnych lat
i śledzę również rap zagraniczny , kolebkę rapu - Stany Zjednoczone, rap
europejski itd. Mam w pamięci słowa KRS-ONE’a, który powiedział, że jeżeli
raper chce być dobry, to nie może uważać, że nie jest najlepszy. Trzeba dążyć
do doskonałości, trzeba siebie permanentnie przekonywać, że jest się
najlepszym. I nie chodzi o rywalizację z innymi czy poczucie wyższości nad
innymi, tylko sprawdzanie się z samym sobą. Przynajmniej dla mnie.
Ludzie zarzucają monotematyczność tekstów na nowej płycie
- jedynie seks, wóda, imprezy i tak w kółko. Czy Ty nie odniosłeś podobnego
wrażenia, tworząc „Muzykę Rozrywkową”?
Wydaje mi się, że jeżeli ktoś postrzega to tylko w taki
sposób, że jest tam seks, wódka, imprezy i wcale nie ma ochoty dostrzec
drugiego dna, to ok, może dla niego samego tak jest faktycznie. Niemniej
jednak, w obrębie tych trzech rzeczy jest tam wiele różnych tematów. Co prawda
one się zazębiają: traktują o relacjach damsko – męskich, takich raczej
przygodnych, przeważnie o seksie, narkotykach czy o alkoholu, ale w różnym
kontekście. I owszem, być może można twierdzić, że jest to monotematyczność.
Myślę, że ktoś, komu po prostu taka treść nie odpowiada, będzie się
koncentrował tylko na tym, że płyta jest monotematyczna i na niczym więcej. Nie
jest jednak tak, że zawartość tekstowa tego krążka jest pozbawiona
jakichkolwiek refleksji czy komentarza z mojej strony i moim zdaniem nie zawsze
gloryfikuje ten styl życia. Uważam, że w przewrotny sposób mówi np. o
samotności. Abstrahując jednak od tego, celowo pozbawiłem tę płytę innych
treści, nie chciałem tam wkomponowywać różnych innych rzeczy, bo chciałem
zachować jakąś konsekwencję. Oprócz tego, przede wszystkim chciałem zrobić
muzykę rapową, która jest użytkowa i ma konkretne przeznaczenie. Z zamierzenia
napisałem kawałki do klubu, samochodu itd., czyli imprezowy rap. Chciałem
zrobić imprezową płytę i myślę, że to się sprawdziło. Twierdzę również, że przy
takiej czy innej koncepcji, w zasadzie jeśli w ogóle ma się jakąś koncepcję na
całość, monotematyczności w jakimś tam stopniu nie da się uniknąć.
Czy po „Na tym osiedlu” i „Noc i dzień” planujecie
jeszcze zrobić jakiś klip? Wiele osób widziałoby „Gdyby miało nie być jutra” w
tej roli. A może według Ciebie jeszcze inny kawałek powinien wyjść jako
singiel?
Słuchaj, chcemy zrobić nowe klipy. Tylko realia są takie, że
staramy się dobrać piosenki, do których można byłoby znaleźć jakichś sponsorów,
ponieważ nie dysponujemy budżetem i ten budżet musimy skądś pozyskać. Bardzo
chciałbym zrobić wideo do „Gdyby miało nie być jutra”. Nie wiem, czy to dojdzie
do skutku, mam wielką nadzieję, że tak i dokładam wszelkich starań, żeby to
wyszło. W najgorszym wypadku zrobimy do tego po prostu klip koncertowy, bo jest
to kawałek przy którym publiczność reaguje najlepiej. Jeżeli jednak uda się
pozyskać jakiś product placement, zrobimy wysokobudżetowy teledysk. Oprócz tego
staram się doprowadzić do tego, żeby powstał klip do kawałka pt. „Halo”.
Ponieważ cała treść tego numeru oparta jest na rozmowie przez telefon,
upatrujemy szansy pozyskania product placementu typu telefonia komórkowa. Poza
tym, mam grupę znajomych z osiedla, którzy próbują swoich sił: mój człowiek
wraz z grupą ludzi(zarówno początkujących w tej branży, jak znanych nazwisk),
zaoferowali zrobienie obrazu do „Nie tylko hit na lato”. Ten klip powstanie na
pewno, zobaczymy jedynie, jaki będzie skutek. Jest to rzecz kompletnie
pozbawiona budżetu – zakładamy że może być niewypał i wtedy tego nie wypuścimy.
Ale jeżeli uda nam się zrobić coś fajnego, to na pewno również ten klip ujrzy
światło dzienne.
Na „Muzyce Rozrywkowej” najlepiej prezentuje się „Noc
i dzień” - kawałek, w którym wspiera Cię Małolat. Na ten rok planowane jest
wydanie waszego wspólnego albumu. Wielu fanów jest bardzo ciekawych co z tego
wyjdzie, możesz powiedzieć teraz coś więcej na temat tej produkcji?
Płyta będzie w konwencji czysto rapowej, w dosyć
hardcore’owej wersji. Nie mam tu jednak na myśli ulicznego rapu, po prostu
takie braggadacio, ale nie w stylu LL Cool J’a, czyli pozbawimy ją treści typu
„Muzyka Rozrywkowa”. W tym tygodniu nagrywamy trzy kawałki, a poza tym nie mamy
jeszcze żadnych tekstów. Jest za to sporo dobrych podkładów od Zjawina i
Czarnego Olka (zrobił jeden bit na TPWC). Mamy nadzieję, że uda nam się
skończyć realizację na tyle wcześnie, żeby móc wydać LP jesienią tego roku.
Powoli kończąc temat twojej płyty... W pierwszych
wywiadach po wydaniu „MR” mówiłeś, że „wydarzenia opisane w tekstach są
nieaktualne”, że to „codzienne
chlanie, imprezy, dupy itp. już Cię nie interesują”. Jak się więc czujesz na
koncertach, kiedy, siłą rzeczy, musisz rapować o tym co „jest nieaktualne” dla
Ciebie?
Wiesz co... Myślę, że może
wyolbrzymiłbym to, mówiąc, że jest to zadanie aktorskie, lecz mimo wszystko
trzeba umieć się do czegoś przekonać i coś wykreować. Tamte wydarzenia były
jednak tematem wszechobecnym w moim życiu przez dłuższy okres, umiałem się w
nim odnaleźć, więc potrafię również znaleźć się w takiej stylistyce na trzeźwo,
kreując coś ze starych nawyków i wspomnień. Poza tym najtrudniejsza część tego
wszystkiego tkwi w faktycznej rezygnacji ze starego trybu życia, a nie w
kreacji scenicznej. Teraz moje życie się ustabilizowało, ustatkowałem się, mam
dziewczynę, z którą wiążę przyszłość i z którą, mam nadzieję, wezmę ślub itd.
Nie chciałbym tego zmarnować, bo są to rzeczy ważniejsze niż życie opisane na
„Muzyce rozrywkowej”. Tamten czas był dla mnie bardzo destrukcyjny, ale
pociągający. W związku z tym wyjście na scenę i zagranie koncertu nie jest
najtrudniejsze. Największym problemem jest nie wracanie do starego stylu życia.
Czy w takim razie
będzie można się spodziewać po Twojej nowej produkcji tego Pezeta, którego
znamy z chociażby dwóch pierwszych solowych albumów i powrotu do bardziej
refleksyjnych tekstów?
Myślę, że tak, ale nigdy nie będzie już takiej stylistyki,
jak na pierwszej czy drugiej płycie z Noon’em. Z różnych względów. Myślę, że po
prostu nie należy się cofać, niezależnie od tego jakie są gusta ludzi. Uważam,
że płyta „MR” jest progresem. To, że komuś może nie odpowiadać taka diametralna
zmiana stylu, to jego problem. Było to pójście do przodu i czerpanie z nowych
rzeczy. I przy następnej płycie również będę czerpał z nowych rzeczy. A czy
będzie ona bardziej pozbawiona takich treści jak na „MR”? Myślę, że
niezupełnie, bo nadal w swojej głowie mam sporo wspomnień na ten temat i mam
wiele do powiedzenia. I niezależnie od tego, że tak nie żyję, wydaje mi się, że
mogę nagrać coś takiego, ale nie będę się na tym koncentrował. Myślę, że będzie
tam tez sporo refleksji, ale na pewno nie w stylu „Muzyki Poważnej”. Nie będę
takim ekshibicjonistą, jeśli chodzi o moje życie prywatne w innej sferze niż
impreza. Poza tym chciałbym sporo czerpać z rapu europejskiego, myślę że
aktualnie najbardziej inspiruje mnie to, co się dzieje na Wyspach [Brytyjskich].
Czy z perspektywy Pawła Kaplińskiego, Pezeta, da się wyżyć w tym
kraju z tworzenia hip hopu?
Ostatnio okazuje się, że tak. Narzekać nie mogę, jest coraz
lepiej, no ale to też jest kwestia celu, do którego dążysz, tego, jaki standard
życia ci odpowiada. Ja mam duże oczekiwania, także nie jest tak, że obecny stan
mnie zadowala. Nie mogę powiedzieć, że jest źle czy że zarabiam mało, ale na
pewno mogę powiedzieć, że nie zarabiam dużo. Na pewno również mam duże koszty.
Pomimo mojej pozycji, tego, skąd wyszedłem w życiu i wsparcia, które dostałem
od rodziny, nie miałem zagwarantowanych wielu rzeczy i sam muszę do tego dążyć.
Tak więc mam dużo kredytów i takich tam. W kontekście tego uważam, że rap nie
zapewnia należytych wynagrodzeń, które mogłoby zapewnić odpowiadający mi
standard życia i nie mówię tu o sferze marzeń.
A
obserwując innych raperów? Czy chłopaki, które tworzą dobry rap, mogą mieć
nadzieję, że nie będzie on uznawany jedynie w wąskich, hermetycznych
środowiskach i za swoją pracę otrzymają godziwe pieniądze - będą mieli z czego żyć?
Nie wiem, ciężko mi powiedzieć. Niestety sytuacja rynku
fonograficznego jako takiego, ogólnie, jest bardzo słaba w naszym kraju. Czy to
rap czy nie, to wiesz, skandaliczne jest to, że w 40 milionowym kraju Doda sprzedaje
- nie wiem ile dokładnie - około kilkudziesięciu tysięcy płyt. Wiesz, ja mówię
z premedytacją o niej, bo jest największą gwiazdą w naszym kraju, to
najbardziej rozpoznawalna osoba. Jeżeli odnieść do tego muzykę niszową – no bo
tak trzeba potraktować rap w obecnej sytuacji – to wydaje mi się, że oni nie
mogą na to liczyć. Wracając do pytania, to jest rzecz, która jeszcze długo
będzie nie do przeskoczenia. Nie zmieni się to dopóki, dopóty nie powstanie
jakieś nowe medium, coś, co będzie scalało muzykę i kulturę, czy film, czy
cokolwiek dla młodych ludzi. Coś, co będzie oferowało to, czym młodzi ludzie
się interesują. Uważam, że z wyjątkiem nurtu disco w najgorszym wydaniu, w
zasadzie żadne media muzyczne, a tym bardziej publiczne, nawet komercyjne, włączając
w to stacje radiowe, telewizje, wszystko, nie mają do zaoferowania młodym
ludziom w zasadzie nic! Opiera się to albo na konwencji disco, albo na
towarzystwie wzajemnej adoracji, która promuje od 40 lat te same gwiazdy typu
Krzysztof Krawczyk, Kombi, cokolwiek... I tak to się odbywa. Do tego stopnia,
że młodzi ludzie, którzy nie mają zbyt dużego wyboru, bo media im tego nie
oferują, sięgają właśnie po tego rodzaju muzykę i nie jest im dana szansa
zapoznania się z inną, jeżeli sami się do tego nie dokopią. W myśl tego uważam,
że po prostu raperom będzie naprawdę ciężko przebić się do większego grona
odbiorców.
Tak więc podsumowując: hip hop w Polsce ma
przyszłość?
Mimo wszystko uważam, że tak. Bo to o czym mówiłem przed
chwilą, szersze grono, może być celem, w który naprawdę ciężko trafić. Oprócz
tego jednak nadal mamy swoje wąskie grono odbiorców i ono nie jest aż tak małe.
Mamy sporo aktywistów hip hopowych, mamy ludzi, którzy są z tą kulturą związani
od lat. Podejrzewam, że ci ludzie, którzy naprawdę kochają taką muzykę,
pozostaną przy tym. Ci którzy nie idą tylko i wyłącznie za modą w życiu nadal
będą wspierać tę muzykę. Zawsze będziemy mieli swoją niszę. Mówię tak dlatego,
że uważam, iż hip hop jest muzyką taką samą, jak każda inna i, wiesz, można się
pokusić o stwierdzenie, że punk-rock umarł, bo nie jest popularny tak jak
kiedyś. Ale zespoły punkowe nadal mają swoją publiczność i będą miały.
Podejrzewam, że tak samo będzie z nami. A ci, którym uda się bardziej wybić,
być może będą gwiazdami na skalę ogólnopolską. Są przecież rockowe zespoły,
które są rozpoznawalne latami typu Lady Punk czy Budka Suflera. Oczywiście
uważam, że trzeba zwracać dużą uwagę na to, by nie popaść w jakieś totalne
chałturnictwo, bo niektóre z tych rockowych zespołów niestety dało się temu
zwieść.
A
Tobie popularność pomaga czy raczej przeszkadza?
To zależy. Myślę, że mimo wszystko pomaga mi w życiu. Mówię „mimo
wszystko”, bo bywa uciążliwa z różnych
względów. Mianowicie, moja popularność
jest nieadekwatna do zarobków, w związku z tym ciężko mi od niej uciekać.
Rozpoznają mnie na ulicy. Oczywiście nie tak często jak Dodę, z czego się
akurat cieszę, chociaż w zasadzie nie jest tak, że mogę iść ulicą, żeby ktoś
mnie nie zaczepił. Tak więc zaczepiają mnie często. I są to różne zaczepki:
jedni pozytywnie, inni nie. To się wiąże również z tym, że mam jakieś niemiłe
konsekwencje swojej popularności – często jestem negowany, zaczepiany przez
ludzi, od których się w zasadzie nie różnię, czyli przez osoby z takiego
środowiska, z jakiego ja się wywodzę, i którzy po prostu z jakiejś zawiści czy
zazdrości uważają, że mi się w jakiś sposób „udało” i w związku z tym nie
należy mi się funkcjonowanie w tego rodzaju środowisku i trzeba mnie jakoś,
wiesz, ukrócić. Zdarzają się ataki niemalże fizyczne. Ale no trudno,
popularność ma jakąś swoją cenę. Mimo tego nie jest to aż tak uciążliwe i
zdarza się, że mi bardzo pomaga.
W jednym z wywiadów mówiłeś, że pogubiłeś się trochę
w okresie szkoły średniej, że szukałeś swojej własnej drogi. Jak trafiłeś na
rap? Co Cię w nim pociągało?
Wiesz, na rap trafiłem generalnie już gdzieś około 6 klasy
podstawówki. Oczywiście moja droga była bardzo wyboista – sięgałem po różne
nurty muzyki, w 8 klasie słuchałem The Doors itd. Do tej pory słucham różnej
muzyki, ale rap zawsze bardzo mnie pociągał i przede wszystkim odpowiadał mi
jako gatunek, który czułem że mogę w przyszłości uprawiać. Później zacząłem
jakoś kopać w tym bardziej, zwłaszcza w okresie liceum. Wtedy też się
pogubiłem, przestałem uczęszczać do szkoły na rzecz jazdy na desce, słuchania
rapu z boomboxa i spędzania czasu na podwórku. Jeśli chodzi o moją drogę już w
sensie wykonywania tego stylu: tak się złożyło, że w okresie, kiedy się
zagubiłem poznałem chłopaków z TJK, Onara, Dizkreta, WuBego itd., zacząłem coś
z nimi rapować. TJK się rozpadło, powstało Stare Miasto, później z Onarem
założyliśmy Płomień. No i tak zaczęliśmy sobie próbować. Okazało się, że to
wychodzi całkiem nieźle, w międzyczasie do tego rapu dokopywałem się coraz
bardziej, kupowałem coraz więcej płyt, pożyczałem, przegrywałem. I po prostu,
wiesz, tak się złożyło, że nagle powstało z tego coś profesjonalnego. Ktoś
zapragnął wydać naszą płytę, więc weszliśmy na rynek i nagle, zupełnym
przypadkiem stało się to moją drogą życiową, a nie tylko hobby.
A
gdzie widzisz siebie za kilka lat? Czy dopuszczasz do siebie myśl, że będziesz
w takim wieku, że nie będziesz wydawał płyt hip hopowych? Co wtedy?
Myślę, że jest możliwe uprawianie tej muzyki na luzie do 35-tego
roku życia, pod warunkiem, że będę tego chciał i nie będę się czuł z tym
idiotycznie. Z różnych względów można czuć się w Polsce idiotycznie robiąc rap.
Oczywiście ja w swoim gronie się tak nie czuję, bo moi znajomi akceptują tę
muzykę i rozumieją, o co w niej chodzi. Ale, jak rozmawiam z ludźmi starszymi,
często nie kumają tego i umniejszają rolę muzyki rap – mówią, że jest to rzecz,
która jest jakimś totalnym gówniarstwem i niczym więcej. Niemniej jednak jeżeli
ta sytuacja się trochę zmieni, a wygląda na to że małymi kroczkami coś tam się
zmienia, no to mogę robić rap do tej „35”. Oczywiście nie uważam, żeby to miała
być moja jedyna furtka w życiu. Mam różne plany, choć niezbyt konkretne.
Zastanawiam się czy nie pójść do pracy w jakiejś firmie fonograficznej, bo
chciałbym współpracować z muzyką. W każdym innym przypadku to się nie
sprawdzało. Tzn. gdy próbowałem podejmować jakąś pracę nie związaną z muzyką,
szybko rezygnowałem, albo mnie zwalniali. Nie zależało mi na tym, ponieważ nie
odpowiada mi taka forma. Myślę, że mogę zrobić cokolwiek, np. założyć firmę
ubraniową jak większość raperów w tym kraju lub zrobić jakąkolwiek pochodną
rzecz niezwiązaną z robieniem własnej muzyki, ale związaną z muzyką ogólnie.
Nie wiem jednak, co to będzie, nie mam recepty. Może się tak zdarzyć, że
wyląduję na bruku. Bo, umówmy się, nie planuję swojej przyszłości w żadnym
standardowym stylu jak wszyscy, na zasadzie: pójdźmy na studia, bo trzeba mieć
papier; pójdźmy do pracy, bo trzeba mieć emeryturę. Wiesz, wydaje mi się, że w
zachodnich społeczeństwach demokratycznych nie żyje się w ten sposób. Dają
więcej wolności, są bardziej otwarte na nowe furtki, jakieś niestandardowe
drogi planowania swojego życia i stwarzają możliwości. U nas, jeśli faktycznie
masz cel i idziesz np. na prawo, nie tylko po to, żeby mieć papier, tylko
robisz to z zainteresowaniem i pasją, to może masz większe szanse, ale i z tym
bym nie przesadzał, bo dużo się niedawno mówiło o tym na jakich zasadach załatwia się aplikacje. Tak czy inaczej,
jeśli nie wybierasz prawa, ekonomii, handlu,
tylko rap, indie rock, house, generalnie muzykę czy cokolwiek twórczego:
robienie filmów, pisanie scenariuszy, malowanie obrazów - i mógłbym tak dalej
wymieniać - to mam wrażenie, że państwo nie stwarza możliwości, że ten ciemny
rynek niczego nie oferuje. Co więcej, myślę że większe możliwości ma cała ta
ciemna masa, która wybiera się na byle jakie studia, bez żadnego celu, tylko po
papierek. Ale nie bądźmy pesymistami, zawsze można zostać pogodynką i wystąpić
w tańcu z gwiazdami. Swoją drogą ten przypadek, to najlepszy przykład na
wątpliwą jakość polskiego showbiznesu. To tyle.