Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 października 2013

Miłość Jamala w Stodole


Kiedy usłyszałem DEFTO, oczywiście najpierw zachwyciłem się teledyskiem, ale potem szukałem (z marnym skutkiem) więcej kawałków w podobnym stylu. Teraz dostałem całą płytę tak przyjemnie wibrujących numerów i szybko miałem okazję, aby sprawdzić, czy tak samo mocno chwytają na żywo (z wielką nadzieją, że będę mógł zakrzyknąć: TAK!). Jak zatem wyglądała Miłość Jamala w Stodole?

Wyjątkowo tym razem to ja wcielałem się w fanboya, który wybiera się na gig pod wpływem nowo wydanego krążka. A zatem ze znajomością zaledwie nowej płyty i beznadziejnym rozeznaniem w pozostałej twórczości Jamala jechałem na ten koncert. I, daję słowo, następnym razem będąc na koncercie artysty, którego ja znam doskonale, dwa razy pomyślę, zanim spojrzę krzywym okiem na względnie świeżych fanów. Jak widać, nawet po setkach schodzonych koncertów człowiek się może czegoś jeszcze nauczyć.

Jedną z funkcji tras koncertowych po wydaniu nowej płyty jest otrzaskanie fanów z nowymi utworami – w końcu już nieraz miałem tak, że do dopiero co wydanego albumu przekonywałem się po koncercie promującym. Tym razem robota była zrobiona wcześniej, bo te piosenki już z automatu wygrywały ostatnie dni, Jamalowej ekipie pozostało tylko nie spieprzyć tego.


No właśnie, jak dla mnie to Jamal mógł odegrać w zasadzie całą Miłość - ni mniej, ni więcej. W końcu to jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) płyt polskich tego roku. Chłopaki zagrali oczywiście także starsze utwory i tu dopiero było ciekawie... Bo o ile wiedziałem, że te nowe kawałki totalnie rozwalą (i tak rzeczywiście było), to reszta była dla mnie zupełną niespodzianką. I tak jak kilka lat temu mogłem podziękowac Power of Trinity za lekkie oswojenie mnie z reggae, tak dzięki tym koncertem również Jamal dołożył swoją cegiełkę do poszerzania moich muzycznych horyzontów, również o klimaty bliższe dancehallowi.


Urzekł też sam klimat na tym koncercie. Ludzie, którzy przyszli dobrze się pobawić i poskakać, Miodu, który nazywał zgromadzonych przyjaciółmi... Atmosfera wzajemnego szacunku i przekazywanej na zmianę energii między fanami a zespołem. Widać, że i jedni, i drudzy czuli się wspaniale tego dnia, spragnieni swojego towarzystwa i cieszący się każdym fragmentem koncertu.

Nie obraźcie się, że nie opisuję występów ParExcellence czy Grubsona, ale tego dnia interesował mnie tylko Jamal. Ten koncert gdzieś tam wciąż rozbrzmiewa mi w głowie, ilekroć załączam Miłość. Dzięki sobotniemu wydarzeniu to zauroczenie będzie trwać jeszcze bardzo długo. Koncert spełnił swoją rolę perfekcyjnie.



Fotki dostarczyła: Katarzyna Seltenreich

wtorek, 29 października 2013

Uszy zgniecione, oczy zgniecione, ale nienasycenie pozostało - krajobraz po gigu The Dillinger Escape Plan


Słysząc po raz pierwszy wybrane kawałki z Ire Works, z miejsca dałem się Dilllingerowi zdobyć. Była w tym jakaś nieposkromiona energia i pełno miejsca na szalone muzyczne rozwiązania. Od tamtego czasu rozpocząłem kolejny etap swojej muzycznej edukacji, kiedy odkrywałem ich starsze dokonania i przekonywałem się do nich, marząc o zobaczeniu kapeli na żywo. Po kilku latach marzenia zbiegły się z rzeczywistością, kiedy stałem naprzeciwko sceny, na której hałasowali Greg Puciato z ekipą...

czwartek, 24 października 2013

Trzech raperów, jedna scena, milion emocji - relacja z koncertu Zeusa oraz Miuosha i Onara




Miuosh, Onar, Zeus. Ten ostatni wrócił na rapowy olimp już w zeszłym roku dzięki świetnej płycie Zeus Nie Żyje, dwaj pierwsi dopiero niedawno połączyli siły i stworzyli album, który przy pierwszych przesłuchaniach zapowiada się bardzo obiecująco. Wszyscy trzej razem na jednym koncercie i to za trzy dyszki? Współczynnik jakości do ceny był w tym przypadku aż nadzwyczaj korzystny!

Jeszcze zanim zaczęły się koncerty headlinerów, dotarło do mojej głowy głupie wrażenie, że mocno zawyżam średnią wieku na tym gigu. Czy to ci raperzy docierają do tak młodych osób czy w pewnym wieku się wyrasta z rapu...? Przy relacji z ostatniego koncertu Pezeta zastanawiałem się, gdzie podziała się prawdziwie rapowa, niepodrabialna publika. No właśnie była tu. Ta jedyna subkultura, która w klubie na koncercie potrafi się bawić nie tylko w czapkach i przydużych bluzach, ale i kolorowych kurtkach zimowych. Taka stylówwa (której, jakby nie było, jestem częścią).

Kiedy Zeus z Joteste wbijali tego dnia na scenę przy aplauzie tłumu w głowie miałem szybki przebłysk wspomnień z koncertu z Radia Luxemburg ponad 2 lata temu, gdzie było może 40-50 osób pod sceną... Jak szybko można jedną płytą wdrapać się na raperski olimp – Zeus dzięki swojemu ostatniemu krążkowi wyszedł z frekwencyjnego piekła i teraz każdy jego koncert to pełny klub.


Sam piątkowy występ Zeusa był przekrojowy, z nastawieniem oczywiście na ostatnią płytę, do której bardzo przyjemnie się wraca i która tak naprawdę nigdy nie zdążyła mi się znudzić. Temu koncertowi niczego nie można zarzucić – było tak wspaniale, jak miało być. Kiedy trzeba było, była energia, kiedy trzeba było, była nostalgia. Kawałki zarapowane z właściwym dla Zeusa i Joteste zaangażowaniem i ucieleśnieniem od lat promowanej filozofii - Pierwszym Milionem. Jedyne, co odrobinę martwiło, to brak legendarnego (?) „W dół” z debiutanckiego albumu czy „Gwiazd”, które zamykały płytę i zarazem także poprzedni gig Zeusa w Warszawie.

Kamil zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko swoim występem, więc duet Miuosh & Onar nie miał aż takiego prostego zadania, występując później. Warszawiak już na początku koncertu poprosił publikę, żeby nie było wstydu przed gościem z Katowic. I nie było. Ba, momentami wydawało się, że Miuosh porywał ludzi mocniej niż gospodarz, Onar. Można to było o tyle łatwo porównać, że ten koncert był w zasadzie miksem trzech koncertów: dwóch solowych oraz tego promującego nowy album tych dwóch raperów: Nowe Światło. Mimo że był to dopiero dzień premiery płyty, to ludzie zaskakująco dobrze znali i przyjmowali nowe kawałki. Duża w tym zasługa fajnie pomyślanej promocji albumu i udostępniania na youtubie i profilach raperów codziennie po jednym numerze z płyty. Inna historia to to, że już przy pierwszych przesłuchaniach kawałki jak „W odpowiednim miejscu” czy  „Sam” mocno wchodzą do głowy.


W zasadzie wszystko w tym występie było świetne: Onar grał głównie kawałki z ostatnich dwóch solówek („Ja bym oszalał” i „To jest już moje” cudownie uderzały w emocjonalny struny) i zwrotki z Płomienia 81, a Miuosh grał tak, jakby był u siebie. Już dawno chciałem złapać założyciela Fandango Records live i jego występ wyglądał dokładnie tak energetycznie, jak się spodziewałem. Dodatkowym atutem był także gościnny wjazd na scenę Włodiego, który wykonał z chłopakami „Miało mnie tu nie być”. Onar podsumował dzień później ten koncert na facebooku jako świetną energię i prawie 2 godziny rapu (31 kawałków!). Niestety z końcówki musiałem się urwać i to jest jedyny minus tego całego przedsięwzięcia. Koncert kończył się o 2 w nocy przy połowie publiki... Ja rozumiem – dużo supportów, klimat imprezy i obsuwy to standard hip hopowych eventów. Ale Zeus mógł zacząć godzinę wcześniej i Onar z Miuoshem kończyliby wtedy koło 1 w nocy przy nadal pełnym klubie. Czemu tak się nie stało - tego nie czaję.

Natomiast nawet to nie psuje ogólnego wrażenia z całego wydarzenia, które pomimo mojego ogromnego zmęczenia będę wspominał pozytywnie jeszcze długo jako jedno z najciekawszych w ostatnim czasie. Pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że Zeus szybciutko do Warszawy wróci, bo mało który raper gra w tym momencie tak elektryzujące koncerty.

Zdjęcia: GIG 

poniedziałek, 21 października 2013

Muzyczne niebo z Irą (relacja z koncertu)




Ira – zespół, który ma na karku więcej lat niż ja. Wielokrotnie widywałem ich na różnorodnych imprezach plenerowych, rzadziej gościłem na klubowych występach, ale generalnie wiedziałem, czego się spodziewać. I niby właśnie dostarczyli tego, czego się spodziewałem, ale w sposób wyróżniający najbardziej magiczne wieczory.

piątek, 18 października 2013

Muzyka Koncertowa - relacja z Pezeta w Stodole




Na Pezecie byłem kilkanaście (dziesiąt?) razy, ale za każdym razem z równie wielkim entuzjazmem wybieram się na jego koncerty. Tym razem nie było inaczej, zwłaszcza, że ostatnio mocniej zaskoczyły w głowie kawałki z Radia Pezet i z dużą nadzieją na usłyszenie ich zmierzałem do Stodoły.

wtorek, 28 maja 2013

Przynieś Mi Ten Horyzont [relacja]


Ile trzyma #syndrompokoncertowy po dobrym gigu? Dzień, dwa, tydzień? Od koncertu Bring Me The Horizon w warszawskiej Stodole minęło już właściwie pięć dni, a ja znów zasłuchuję się w ich ostatnim krążku. Pewnie więcej w tym jakości płyty Sempiternal niż zachwytu nad koncertem, natomiast niezaprzeczalnym faktem jest, że występ Brytyjczyków wciąż szumi mi w głowie lepiej niż niejeden napojów wysokoprocentowy. 

wtorek, 27 listopada 2012

Wish somebody would tell me I’m fine... [relacja z Papa Roach]

fot. Kara Rokita/ www.kararokita.pl
Tego wieczoru nie byłem pewien niczego. Jak się nazywam, w jakim jestem stanie ani czy dotrę do domu w jednym kawałku. Do TAKICH szaleństw pod sceną porwać mnie potrafi już tylko kilka amerykańskich kapel. Wyczekuje się ich miesiącami, a potem przeklina potworne dzwonienie w uszach i nie najmądrzejsze zarządzanie siłami pod sceną. Jestem pewien, że jeszcze dwa takie koncerty Papa Roach i się przekręcę. 

piątek, 23 listopada 2012

Soundclash zrobił mi mindblow [relacja]

fot. Łukasz Nazdraczew
Nie wiem, czy to zasługa nadmiaru wypitych red bulli czy emocji, których dostarczyła impreza spod znaku Soundclash, ale moje ciało ani myśli iść spać. Wspomnień i świetnych akcentów było tego wieczoru na tyle dużo, że wydarzenie z miejsca awansowało na podium moich koncertów w tym roku (a trochę ich było). Lista powodów, przez które powinieneś żałować, że nie było Cię w czwartek w Soho Factory, jest imponująca i może przytłoczyć. Czytasz na własną odpowiedzialność.

poniedziałek, 22 października 2012

Audycja #23 z 15.10.12: Rock to Post & Noise + Shinedown'owa relacja

To dopiero druga audycja, która zmierzała na spokojne, post-rockowe wody. Natomiast początek i koniec tego odcinka miały się różnić praktycznie wszystkim. Jesteście ciekawi jak połączyć Papa Roach z Death in Vegas?


Nowe Papa Roach w ciągu 2 tygodni zupełnie zmiażdżyło moje pierwsze wrażenie. The Connection najpierw było dla mnie albumem, na którym ciężko odróżnić od siebie kilka kawałków, a teraz jest krążkiem, od którego niesamowicie ciężko się oderwać. Cholernie melodyjne, przebojowe, naładowane energią, angażującymi tekstami... Ewolucja brzmienia przemówiła do mnie na tyle, że powrócił temat wybrania się na koncert Papa Roach 24 listopada
The Connection w moim prywatnym zestawieniu tegorocznych krążków hard rock / alternative przegrywa tylko z Amaryllisem Shinedown. Okazją do puszczenia kapeli Brenta Smitha był przede wszystkim zbliżający się czwartkowy gig, zatem poleciały w audycji utwory, których, jak przewidywałem, najbardziej będzie mi brakowało. Za to podczas występu Brent przyznał, że trochę zmienili setlistę i oto dane było usłyszeć polskim fanom Fly from the Inside w wersji live! Miły akcent. Sam koncert wypadł na plus, choć o moim zdaniu bardziej przeważa emocjonalne przywiązanie i profesjonalne, zaangażowane podejście zespołu niż to, co było słychać. Bo niestety z kilku miejsc pod sceną, w których przebywałem, to przede wszystkim było słychać perkusję, a dopiero potem resztę, co umiejętnie psuło mi wrażenia z koncertu. Ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że to taka specyfika Proximy i akustycy zespołu nie mogli nic poradzić na to. Jednak, co by nie mówić, zdecydowanie warto było usłyszeć Shinedown na żywo. Chłopaki obiecali, że wrócą w przyszłym roku. Choć akurat w takie zapewnienia nigdy nie chce mi się wierzyć. 
Wydaje się, że już prędzej na kolejnym koncercie w Polsce zobaczymy jeden z zespołów supportujących Shinedown w czwartek - Brytyjczycy z Exit Ten również zapowiadali rychły powrót. Trzeba dodać, że wywarli oni niemałe wrażenie na ludziach obecnych tego dnia w Proximie. W mojej głowie zagnieździli się do dziś i pewnie będę ich muzę przemycał w kolejnych audycjach. 


Ostatni odcinek Końca Rocka był zainspirowany w znacznej części również filmem Lost in Translation. Kinomanom tego filmu nie muszę polecać, reszcie daję zadanie domowe: obejrzeć!. Ja skupiłem się na muzycznej stronie tej produkcji - dwa ostatnie utwory można było usłyszeć w filmie, natomiast takie grupy jak Ef oraz Explosions in the Sky stworzyły dobre, klimatyczne tło muzyczne do przemyśleń po zakończonym seansie. Również zaprezentowany tego dnia Mogwai pojawił się pod wpływem obejrzanego w tygodniu amerykańskiego serialu. Czyli post-rock gdzieś tam jeszcze przebija się w kulturze masowej, miło.
Zespołem-pomostem dla krańców alternative- i post- był tym razem dredg. Ten band łączy w sobie cechy grup z obu końców playlisty, tworząc przestrzenne, melodyjne kompozycje. Polecam live, jeśli tylko będziecie mieli taką okazję.

1. Papa Roach - Give Back My Life (The Connection, 2012)
2. Shinedown- For My Sake (Amaryllis, 2012)
3. Shinedown - Save Me (Us and Them, 2005)
4. dredg - Saviour (The Pariah, the Parrot, the Delusion, 2009)
5. dredg - Jamais Vu (Catch Without Arms, 2005)
6. Mogwai - Travel is Dangerous (Mr Beast, 2006)
7. Mogwai - Letters To The Metro (Hardcore Will Never Die, But You Will, 2011)
 

8. Ef - Sons of Ghosts (Mourning Golden Morning, 2010)
9. Explosions in the Sky - Welcome, Ghosts (All of a Sudden I Miss Everyone, 2007)
10. The Jesus and Mary Chain - Just Like Honey (Psychocandy, 1985)
11. Death in Vegas - Girls (Scorpio Rising, 2002)

niedziela, 14 października 2012

Pezet nie rozwalił, Stodoły nie spalił [relacja]

Cieszę się, że nie znam Pezeta osobiście. Z reguły ciężej wytknąć znajomemu, że coś spieprzył, a kilka takich rzeczy mam na wątrobie od wczoraj. Te zarzuty wynikają głównie z tego powodu, że Paweł po prostu przyzwyczaił do wysokiego poziomu swoich koncertów.




    Zdziwił przede wszystkim dobór kawałków na koncert w Stodole. Kiedy poleciał Slang 2 pewnie nie tylko mi przyszło do głowy "ej, ale fajnie byłoby, gdyby najpierw Pezet zagrał ten z Klasycznej, a potem nowy". Podobnie miałem z Senioritą, po której mogłoby polecieć Supergirl... Oba kawałki co prawda były, ale nie tuż po sobie. Osobiście zabrakło mi takich numerów jak Spis Cudzołożnic, Shot Yourself czy P-Z. Wyobrażacie sobie, jakim urozmaiceniem byłby rap Pezeta pod akustyczną gitarę razem z Bednarkiem na scenie? Albo otwierające nową płytę P-Z, które ma potencjał, żeby być koncertową petardą? Kawałek studyjnie dynamiczniejszy od większości Muzyki Rozrywkowej. Swoją drogą myślałem, że go właśnie zagrają na bis, kiedy Theodor podburzył publikę do krzyczenia "Pe-Zet". W sumie to normalne w przypadku Pawła, który ma tyle świetnych kawałków, że nie zmieści wszystkich w trakcie 90 koncertowych minut. Ale Byłem MUSI  się pojawić, jeśli promowane jest Radio Pezet. To najlepszy kawałek z tego albumu i jego nieobecność jest niewytłumaczalna. Swoją drogą dziwne też, że nie usłyszeliśmy w Stodole Jestem Sam... Setlista to pierwsza skopana rzecz na tym koncercie.
    Drugą były aranżacje. Do teraz zachodzę w głowę, dlaczego Nie Jestem Dawno z mocnym refrenem wypadło żywiej niż Noc i Dzień. Co innego nowa aranżacja utworu, co innego zabranie mu nastrojowego charakteru lub energii. Tej zabrakło na niektórych bardziej żwawych kawałkach, pamiętam przecież z gigu w 1500m2 Dopaminę, która rozkurwiała sufit! W Stodole z energią w niektórych kawałkach było różnie, choć może to wina...
    ...nie najlepszego nagłośnienia. I tu wina leży niekoniecznie po stronie wykonawcy. Otóż mieliśmy na scenie DJ'a, Auera, perkę, bas, Pezeta, Malolata i wspomagającego ich Mormona. Najgorzej było w momencie, gdy wszyscy trzej rapowali/krzyczeli w tym samym czasie, zagłuszając wszystko pozostałe. Z miejsca, w którym stałem (mniej więcej środek klubu), w kawałkach z Radia Pezet moje uszy atakował jeden, wielki hałas. Poczułem się trochę jak dziadek, który narzeka na obecną młodzież za to, jakiej to ona głośnej i niezrozumiałej muzyki słucha. Lepiej było natomiast, kiedy raperzy się nie odzywali, wtedy można było usłyszeć dobrze perkę, bas czy bit. Problem nie był już tak uciążliwy przy starszych, prostszych do zrealizowania numerach. I w sumie mam to w dupie, czy to wina artysty, czy klubu. Kiedy idę na koncert, oczekuję, że obie strony dogadały się nie tylko do rozpiski godzinowej i honorarium, ale także i co do optymalnego ustawienia sprzętu. A z opinii różnych ludzi po koncercie wynika, że to chyba nie wyszło.

    Oczywiście, były też plusy - nikt mi nie zasłaniał sceny, a sam koncert był sto razy lepszy niż freestyle prowadzącego, Theodora (serio, za energię propsy, ale freestyle mógł sobie darować). Zabrakło jednak fajerwerków. Skoro był to koncert promujący nową płytę, i to w rodzinnym mieście Pezeta, skoro wybrano wielki klub i ustalono dość wysoką cenę biletów... to spodziewałem się czegoś więcej. Nie było ani jednego featuringu, ani niespodzianki w stylu tej dodatkowej zwrotki do Supergirl (notabene chyba najciekawszej)... Na plus na pewno małe zaskoczenie w postaci zakończenia gigu Re-fleksjami. I takich małych plusów było więcej, ale tym razem nie przeskoczyły one minusów. 

środa, 13 czerwca 2012

Ursynalia to najlepsze, co mogło się przydarzyć Warszawie

Kiedy jakieś półtora roku temu pojawiła się ankieta dotycząca zespołów, jakie ludzie chcieliby zobaczyć na Ursynaliach, wielu (w tym i autor tego bloga) pukało się w głowę. System of a Down, Metallica, Red Hot Chilli Peppers, Foo Fighters... to tylko niektóre z propozycji, które się pojawiały. Od tamtego czasu na kampusie SGGW zdążyły zagrać takie ekipy jak Korn, Simple Plan, Slayer, Limp Bizkit, Nightwish i mnóstwo innych. Po ostatniej edycji nic już nie jest niemożliwe i każdy zespół wydaje się w zasięgu organizatorów, gdyż można to już ogłosić oficjalnie: Ursynalia stały się najlepszym festiwalem w Warszawie.

Powyższa teza, która dla wielu już od jakiegoś czasu stała się faktem, czymś nadzwyczaj oczywistym, broni się sama, jeśli spojrzymy na ilość gwiazd ze światowej oraz polskiej półki i przyrównamy to choćby do cen biletów. Kiedy znaliśmy już pierwszych headlinerów, karnety na 3-dniową imprezę można było kupić za 29 zł (studenci SGGW), 49 zł (pozostali studenci) i 69 zł (niestudenci). Kolejne pule były coraz droższe, ale czy nawet ceny w dniu festiwalu (odpowiednio: 60/140/200 zł) za taki skład można uznać za wygórowane? Nikt nie ma prawa powiedzieć, że ten festiwal jest drogi! Co więcej, liczba osób, które teraz deklarują, że w ciemno kupią karnety na Ursynalia 2013, znacznie wzrosła. A to ze względu na dobrze opakowany, rozpromowany produkt, który daje kilkadziesiąt godzin zabawy oraz wiele dni oczekiwań i wspomnień. Co takiego się w takim razie działo na tegorocznych juwenaliach SGGW? Odświeżmy pamięć tym, którzy byli i uświadommy tych, którzy pojawić się nie mogli.

DZIEŃ 1, czyli raca, fast foody, tłumy i gwiazdy
Od samego początku pogoda nie rozpieszczała: mokro i zimno było przez większość czasu, choć ominęły nas takie deszcze, jak rok temu na Kornie. I, o dziwo, błocko pod sceną nie powstało. Cała nadzieja była w gorącej atmosferze, którą miały stworzyć zaproszone zespoły. Po czynnościach akredytacyjnych dotarłem na Ametrię, która skutecznie przypominała, że w tym roku czeka nas najcięższa edycja juwenaliów organizowanych przez SGGW. Przed Ametrią grało z kolei NOKO, czyli grupa, która wybiła się dzięki występom w Must Be The Music, choć, na całe szczęście, nadal "gra swoje", mieszając rock, metal i grunge.
Kolejną kapelą - i zarazem pierwszą, na której mocniej się skupiłem - było Lipali, zespół założony przez Tomka Lipnickiego. Już wtedy dało się słyszeć krzyki "Slayer, Slayer" ze strony publiki, ale Lipali uciszyło je całkiem dobrym koncertem. Grupa Lipy gra rocka bardziej melodyjnego niż jego drugi zespół, Illusion, lecz na próżno doszukiwać się w ich twórczości banalnych, prostych utworów. Koncertowo grupa wypadła więcej niż solidnie, w dodatku frontman zdradził, kiedy ujrzy światło dzienne kolejna płyta kapeli. Nowy numer, który zabrzmiał tego dnia, każe wierzyć, że we wrześniu otrzymamy świetne wydawnictwo w wydaniu Lipy i spółki. Chłopaki są w formie.
Po Lipali na scenie pojawiła się prawdziwa torpeda, a może raczej powinienem powiedzieć: Luxtorpeda. Zespół złożony przez doświadczonych rockmanów, do których dołączył raper, Hans, jest muzycznym objawieniem na polskiej scenie rock-metalowej. To nadal ewenement, że tak pozytywne opinie w środowisku spod znaku ciężkiego grania zbiera zespół, w którym sporo jest zwrotek rapowanych. Luxtorpeda w ciągu ostatnich 12 miesięcy wydała już dwa krążki, a ten ostatni - Robaki - zbiera bardzo dobre recenzje. Na koncercie panowie zaprezentowali materiał z obu albumów i zrobili to naprawdę kapitalnie. Energia kipiała ze sceny tak samo jak charyzma lidera grupy, Litzy. Luxtorpeda ciągnie za sobą tłumy i po tym koncercie na pewno powiększyło się grono zadeklarowanych fanów. A co najważniejsze, ich numery na żywo nie tracą kompletnie nic ze swojej mocy.
Zbliżała się pora kolacji, więc powoli zacząłem rozglądać się za czymś do zjedzenia, żeby uzupełnić siły. Pech chciał, że kolejki do fast-foodów było przeogromne i przestałem w nich sporą część Slayera. Co nie oznacza, że było źle słychać albo widać. Slayer zabrzmiał mocno, po szerszą relację z ich gigu należy się udać na blogi moich kolegów z Radia Aktywnego. Pewnym rozczarowaniem był brak sami-wiecie-jakiego zawołania ze sceny. Z kolei z ciekawszych widoków podczas koncertu można było zaobserwować np. racę, którą ktoś odpalił pośród tłumu (!). Jak udało mu się to wnieść, to pozostanie słodką tajemnicą jego i osoby z ochrony, która go przeszukiwała. Wspomniałem o jedzeniu... szału nie było. Do wyboru były kiełbaski, karkówki, zapiekanki, ale także "gorące kanapki" (ze śladowymi ilościami wędliny) oraz kebaby. Kolega nawet bigos upolował. Żadna z tych pozycji nie była super sycąca, ale na trochę głód można było zaspokoić, a ceny również nie były zaporowe (6-12 zł). Nie można nie wspomnieć o piwie, które tak samo jak w poprzednim roku serwował Lech. I podobnie rozwiązano sprawę logistyki, czyli najpierw należało zakupić talon w kasach, a potem wręczyć go osobom nalewającym piwo z beczki lub wydającym puszki. Sposób skuteczny, gdyż koszmarnych kolejek do złocistego napoju nie zauważyłem. Ceny 5-7 zł. Umiarkowane.
Po Slayerze zaprezentować się miały już tylko dwie ekipy tego dnia. Pierwsza to Chassis, które wygrało konkurs kapel i dostało szansę zagrać kilka numerów przed Limp Bizkit. Wydaje się, że swoją szansę wykorzystali, grając całkiem przyzwoicie, choć bez fajerwerków. I tak w sumie wszyscy czekali na amerykańską, rapcore'ową legendę. Dało się to odczuć, gdyż tłok z minuty na minutę robił się coraz większy, apogeum osiągając, gdy tylko Fred Durst i spółka wyszli na scenę. Znajomych zgubiłem już na pierwszym utworze, od pierwszych riffów na Why Try sektor między sceną a reżyserką bardzo żwawo skakał i wprawiał się w potężne drgania. Potem nawet dało się oddychać, choć właściwie szaleństwo trwało dopóki Amerykanie nie skończyli swojego występu. Koncert Limp Bizkit był zdecydowanie najlepszy pod kątem emocji i zabawy, ale też ciężko podchodzić mi do niego obiektywnie. Irytować mogła mocno rozkręcona gitara Wesa Borlanda, która przez 3/4 gigu zagłuszała wokal. Mimo to publika bawiła się tak dobrze, jak na żadnym z koncertów wcześniej czy później. Było to 80 minut ognia, w trakcie którego Fred musiał nawet przerwać koncert, żeby zwrócić uwagę ochronie na mdlejących ludzi. Występ Limp Bizkit zakończyli żelaznym trio: Faith, Nookie oraz Rollin', a atmosfera na nich to było istne piekło! Najprościej porównać to do rozgrywki w Medal of Honor podczas lądowania na plaży Omaha - walczyło się o powietrze i życie! Jeśli czegoś zabrakło, to może większej liczby utworów z ostatniego albumu, Gold Cobra, nie dane było usłyszeć warszawskiej publice m.in. Shotguna.
Pierwszy dzień to także najcięższy powrót. Powolne dreptanie z terenu SGGW odbywało się do podstawionych autobusów (do których na siłę próbowano wepchnąć wszystko i wszystkich) oraz metra. Ten drugi środek transportu znacznie ułatwił rozładowanie ruchu i właściwie dwoma kursami załatwił sprawę. Wszystko odbyło się tą drogą znacznie sprawniej niż rok temu samymi autobanami.

DZIEŃ 2, czyli obsuwy, Glaca w skarpetkach i Lipa x2
Sobota na Ursynaliach zaczynała się dla mnie od My Riot, i od razu z pewnymi nadziejami. Niestety, od samego początku Glaca nie wyrabiał się wokalnie, jego momentami skrzeczący głos sprawiał, że ciężej było zrozumieć, co śpiewa. Najkrótszym podsumowaniem będzie stwierdzenie, że koncert My Riot wypadł jak ich płyta - chwilami dobrze, ale na dłuższą metę bez rewelacji. Mocy w granych numerach nie było specjalnie dużo, choć frontman zespołu starał się to nadrabiać ciągłymi zmianami stroju, kończąc nawet w samych bokserkach i skarpetkach.
Drugi dzień zapowiadał się na częste kursowanie między scenami Main i Open, gdyż część występów pożądanych przeze mnie artystów uzupełniała się czasowo. Niestety, plany pokrzyżowała obsuwa na głównej scenie - problemy z oświetleniem zgłaszało Nightwish i jeszcze przed koncertem innej gwiazdy, In Flames, starano się to naprawić. Spowodowało to obsuwę wynoszącą ok. 40 minut i pokrycie się koncertów Illusion oraz Modestep. A warto było być na obu z nich. Illusion, jako ten bardziej znany projekt Lipy, zabrzmiał przepotężnie, kładąc siarczastym brzmieniem na łopatki większość metalowych składów, które wystąpiły na Ursynaliach. Vendetta, Solą w Oku, Nóż, Na Luzie i jeszcze kilka innych - świetnie zagrane były najlepszą reklamą zespołu dla ludzi, którzy nie mieli z Illusion do czynienia. Zabrakło jedynie więcej gadki Tomka między numerami, ale nie było już na to po prostu czasu. Po ostatnim numerze popędziłem na drugą scenę, gdzie już masa osób świetnie bawiła się przy dźwiękach londyńskiego zespołu łączącego rocka z elektroniką i dubstepami. Modestep rozkręcał tam naprawdę niezłą imprezę! I to nie tylko na żelaznym hiciorze Sunlight - Anglicy udowodnili, że w pozostałych numerach także drzemie wielki potencjał.
Dla wielu osób punktem głównym tego dnia były koncerty dwóch metalowych legend: In Flames oraz Nightwish. Ci pierwsi wypadli lepiej niż przyzwoicie, do kilku utworów można było poskakać, brzmienie bardzo profesjonalne. Natomiast Nightwish sobie podarowałem. Z opinii osób, z którymi się zazwyczaj spotykałem, wynikało, że oświetlenie na tym koncercie tworzyło super klimat, ale wokalnie było słabo, że bez Tarji Turunen to już nie to samo. [EDIT: w komentarzach znajdziecie opinie ludzi, którym się podobało]  

DZIEŃ 3, czyli wpadki, zamulacze i zastrzyki energii
Niedziela znów rodziła mnóstwo nadziei, ponieważ kilka kapel od dłuższego czasu chciałem usłyszeć na żywo. Pierwszą z nich była francuska Gojira, która zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko dla reszty zespołów, dając mocny, żywiołowy gig. Spośród kapel metalowych na Ursynaliach wypadli najlepiej. Rozwalał też niesamowity entuzjazm członków Gojiry, ich zachwyt przyjęciem, jakie zgotowali im polscy fani. Francuzi byli zaskoczeni, wdawali się w interakcję, zrobili to, czego nie zrobił Tom Araya ze Slayera i przede wszystkim nie zawiedli oczekiwań. Swój występ zakończyli świetnym nowym numerem, L'enfant Sauvage oraz najpopularniejszym Vacuity. Zapewniali też z całych sił, że postarają się jak najszybciej wrócić do Polski po wydaniu nowego krążka.
Po nich kolejnym punktem programu był Mastodon - sludge metalowy band z Atlanty, który do swojej muzyce wplata także dużo progresywnych klimatów. Jednak dla większości fanów cięższych klimatów była to podróż z nieba do piekła, bo Amerykanie w niczym nie nawiązali do koncertu Gojiry. Ich występ był pozbawiony kontaktu z publiką, było bardzo jednostajnie, zero energii scenicznej. Mnie nie zachwycili już po raz drugi, choć kiedy widziałem ich te kilka lat temu, można było wtedy usłyszeć więcej kawałków z krążka Blood Mountain. Na Ursynaliach z tego zacnego albumu został zagrany raptem jeden utwór, a kapela praktycznie ograniczyła się do odegrania swojego ostatniego krążka. The Hunter z pewnością płytą do grania live nie jest, tak jak Mastodon nie jest zespołem festiwalowym. Ta muzyka, którą tworzą w studiu, te wszystkie smaczki... na żywo to zwyczajnie nie brzmi. Krótko mówiąc: Mastodon zamulił.
I w najmniej oczekiwanym momencie na ratunek przybyło Awolnation, znane większości zapewne tylko z utworu Sail. Och, jak bardzo pomyliłem się, nie wliczając początkowo tej kapeli w swoje ursynaliowe plany. Cóż, błądzić jest rzeczą ludzką. Awolnation w wersji live wypada tak z co najmniej 2 razy lepiej niż na płycie - zyskuje wszystko dzięki wokalowi Aarona Bruno, który na żywo znacznie więcej krzyczy, nadając brzmieniu brudniejszego charakteru, po prostu jaj. W pewnym momencie pojawił się jednak problem, który był już dzień wcześniej na Modestepie: milisekundowe przerwy w dźwięku. Przypominało to muzykę odtwarzaną z zacinającego się laptopa. I z minuty na minutę było coraz bardziej irytujące. Jak doniósł na facebooku Daniel, wynikało to ze "znacznych spadków napięcia, które zakłócały pracę wszystkich urządzeń na open stage". Prąd z tego samego generatora szedł zarówno na tę scenę, jak i dostarczany był do strefy gastronomicznej. Stąd też nie był to problem do wychwycenia w dzień, gdyż podczas prób dźwięku oświetlenie i pozostałe sprzęty elektroniczne nie były włączane. Tak czy inaczej, cała sytuacja zaowocowała nie tylko przerywanym dźwiękiem, ale i nieznośnym pierdzeniem głośników. W efekcie ostatnia część koncertu Awolnation została zupełnie położona, włącznie z hitowym Sail, na które sporo osób sobie ostrzyło zęby. Niewiele lepiej było w strefie gastronomicznej, w której co chwilę występowały podobne przerwy w dostawie energii - resetowały się ustawienia mikrofalówek, gasły lampki. Spowalniało to znacznie pracę, mój kebab do najcieplejszych nie należał. Czyżby te ogromne kolejki z pierwszego dnia były spowodowane właśnie tymi problemami?
Jakby tego było mało, na głównej scenie nie popisał się z kolei akustyk, nagłaśniający występ młodej kapeli Holden Avenue wyłonionej z konkursu, dla której wyróżnieniem miało być zagranie przed Billy Talent. Ich brzmienie zostało jednak zmasakrowane - trzech gitar na scenie nie było praktycznie słychać, jedynie stopę i wokal. Niewiele pomogło zajęcie miejsca tuż obok namiotu akustyka. A szkoda, bo kawałki tego zespołu nagrane w studiu są świetne. Po takim występie live, choćby nie wiadomo jak bardzo się starali, mało kto mógł ich docenić. Szansa zmarnowana.
Ludzi w tym momencie pod sceną było bardzo mało - po Jelonku nastąpił wielki odpływ publiki. Fenomenu tego artysty, zarówno muzycznego, jak i scenicznego chyba nigdy nie zrozumiem. Po krótkiej próbie wsłuchania się i wyłapania czegoś fajnego dałem sobie spokój i poszedłem na wspomniane wcześniej Awolnation. Z powrotem ludzi pod główną sceną zgromadził Billy Talent, headliner trzeciego dnia. Kalifornijski punk-rock kończył Ursynalia tak samo, jak rok wcześniej, kiedy to występowało Simple Plan. Te kapele wiedzą, jak postępować z polską publiką - wystarczyło, że nauczyli się paru polskich zwrotów, aby podbić serca słuchaczy. Ben Kowalewicz zdobył dla siebie jeszcze kilka bonusowych punktów, przyznając, że Jego ojciec urodził się w naszym kraju. Nawet gdyby nie te zabiegi, chłopaki z Kanady obroniliby się muzyką. Grają bardzo przyjemnie dla ucha, dużo w ich twórczości melodii, energii, wyróżniają się na pewno nietypowym wokalem Bena. Choć dla osoby kompletnie nieznającej BT, koncert wcale nie musiał być aż tak atrakcyjny. Panowie często gubili melodię, którą naturalnie można było sobie "dośpiewać", jeśli się kojarzyło dany kawałek. Czasem też bas był za głośno, tłumił gitarę... Ale dla fanów były to drobnostki, nie mające żadnego znaczenia. Pozytywna energia niosąca się ze sceny w połączeniu z lekko padającym deszczem stworzyły niesamowity klimat na zakończenie Ursynaliów. Billy Talent zagrał po równo ze wszystkich trzech płyt oraz zapowiedział, że wróci do Polski po wydaniu najnowszej, czyli w okolicach października-listopada.
Z ostatnim dniem imprezy kojarzy się dużo fajnych wspomnień, ale i kilka zawodów, jak np. odwołanie koncertu Pezet/Małolat z live bandem. Wynikło to z przeciągającego się przeziębienia Pawła, ale zdziwiło mnie, że organizatorzy nie zabezpieczyli się na taką ewentualność, zwłaszcza, że z tego powodu został odwołany koncert już 2 dni wcześniej. Można było w porozumieniu z Koka Beats poszukać zastępstwa, ostatecznie Małolat mógł wystąpić z DJ-em, grając swój materiał. A tak pewien niesmak pozostał.

Ciągły rozwój kluczem do sukcesu
Każdy czyta taką relację i myśli: "wszystko fajnie, pewnie bogata uczelnia im finansuje sporą część". Tak naprawdę, tak jak mówił w wywiadzie dla CGM.pl Łukasz Nowakowski, rzecznik prasowy Ursynaliów, SGGW daje ok. 7% całego budżetu. Owszem, przy kilku milionach nawet te kilka procent jest sporą sumą, ale... reszta to bilety i sponsorzy, do których doszli według wypracowanego schematu. 5 lat temu line up Ursynaliów wyglądał tak: Dżem,T.Love, Wilki, Oddział Zamknięty, Lao Che, Acid Drinkers, czyli nie różniło się to wcale od pozostałych juwenaliowych imprez. Później, z roku na rok zaczęto wprowadzać coraz bardziej znanych artystów zagranicznych: w 2008 Vanilla Sky, H-Blockx; w 2009 Kosheen; w 2010 The Futureheads, Parov Stelar Band i niedoszłe Sum 41 (była to też pierwsza płatna edycja); w 2011 Korn, Simple Plan, Guano Apes, Alter Bridge, Young Guns. Nie ma tutaj drogi na skróty, nie można ot tak powiedzieć sobie "no to teraz ściągamy Metallikę i na pewno nam się zwróci to z biletów". Te wszystkie zabiegi zarówno upewniały samych artystów, że jest to impreza, której ranga ciągle wzrasta, a fanów przyzwyczajonych do darmowych juwenaliów oswajały z opłatami za ciekawy, koncertowy skład. Od wielu lat konsekwentnie organizatorzy starali się również promować młodych artystów i pokazać ich w jak najlepszy sposób, a nie tylko robić z nich czasowe zapychacze o wczesnych porach. Trzecim elementem tego przemyślanego procesu byli solidni artyści polscy, nie tylko dinozaury rocka, ale też wschodzące gwiazdy (Carrion) lub zespoły o wyrobionej marce (Coma, Jelonek/Hunter). Naturalnie przy festiwalu nie pracują sami studenci, ale to tak jak chyba przy wielu juwenaliowych imprezach - zawsze jest ktoś z większym doświadczeniem, kto pomaga w uatrakcyjnianiu tych imprez. Dodam tylko jeszcze, że nie jestem studentem SGGW i nie zapłacono mi za ten artykuł. Ale wręcz nie sposób nie docenić ogromu pracy i cierpliwości, dzięki którym w 5 lat na Ursynowie zbudowano wielki festiwal. Oni pokazują, że da się.

Co się udało, co nie do końca? W jaką stronę iść?
Jak zatem oceniać tę edycję Ursynaliów przez pryzmat poprzednich oraz innych festiwali w Polsce? Sam fakt, że byłem rozwalony jeszcze dzień lub dwa po tej imprezie świadczy bardzo dobrze o minionej edycji. W ciągu trzech dni udało mi się odświeżyć kilka kapel, kolejnych parę zobaczyć na żywo po raz pierwszy. Jak na dobry fest przystało, część artystów z obu scen pokryła się, było trochę bólu głowy z planowaniem obecności na Open i Main Stage. Z pominiętych zespołów żal było z pewnością Fisza/Emade, projektu Tabasko czy sporej części wspomnianego Modestepu. 
Co bym zrobił, gdybym był dyrektorem artystycznym takiego festiwalu jak Ursynalia? Na pewno godnym podziwu jest obstawanie przy formule wrzucania młodych zespołów tuż przed gwiazdy, natomiast kładłbym większy nacisk zarówno na dobór, jak i realizację samych ich występów (to co już wspominałem przy Holden Avenue). Żal z kolei oglądać inne świetne zespoły wyłonione z konkursów, a grające do trawy od godziny 14-15. Jest to po prostu robienie im krzywdy, gdyż frekwencja o tak wczesnej porze oscyluje wokół 100 osób lub gorzej, a są to często kapele o wyrobionej marce na polskim rynku, jak Ocean czy Tuff Enuff. Najlepiej byłoby te zespoły wrzucać także na drugą scenę, obie mogłyby wtedy startować ok. godz. 17.00.
Kluczem do rozwoju Ursynaliów może być właśnie ta mieszanka stylów, którą częściowo obserwowaliśmy już w tym roku. Idealną formą byłoby zwiększenie roli drugiej sceny oraz pójście w kierunku takich festiwali jak choćby czeski Rock For People, na którym w ciągu dnia królują szeroko pojęte brzmienia rock-metalowe, a każdy dzień kończy się muzyką elektroniczną. The Prodigy, Pendulum, Skrillex - to tylko przykładowi artyści, którzy stworzyliby prawdziwą imprezę na terenie SGGW.

Sporo już w przypadku Ursynaliów zostało zrobione, na pewno jeszcze kilka rzeczy jest do poprawy. Najmocniejszą stroną tego festiwalu jest w mojej opinii właśnie ten progres, jaki widać z roku na rok. Organizatorzy zaskakują coraz większymi gwiazdami, utrzymując atrakcyjne ceny i studencki charakter imprezy. Robione bez jakiejś wielkiej spiny, Ursynalia udowadniają, że można. A skoro można, to ja za rok poproszę System of a Down i Slipknota. Nikt już nie powie, że na Ursynalia nie da się i takich zespołów ściągnąć. 

wtorek, 5 czerwca 2012

Słaby koncert Sokoła... nie jest możliwy [relacja]

Takie odniosłem wrażenie po Showcase PROSTO w ramach Warsaw Music Week. Gdyby nie to, że akredytka załatwiona, to bym pewnie dupy z domu nie ruszył tego wieczora. I ominąłby mnie TAKI  koncert.

Event w Proximie rozpoczął się o 22.00 godzinnym występem VNM-a, dla którego był to trzeci koncert trzeciego kolejnego dnia i... to było widać/słychać. W przypadku Tomka nie mogłem uciec od porównań z gigiem sprzed dwóch miesięcy w Urban Garden. Nadal niestety ostały się te nieszczęsne podkłady przy partiach śpiewanych. Brakowało też gości, którzy byli mocnym punktem poprzedniego, warszawskiego koncertu rapera. Momentami ciężko było w ogóle zrozumieć, co rapuje VNM. Okej, zmęczenie. Ale w takim razie zawsze tę trasę koncertową można lepiej rozplanować, aby być w pełni formy. Just sayin'. Tym, co zdecydowanie ratowało ten występ, było świetne zachowanie publiki. Liczba ludzi i kapitalna energia, jaką dawali Venomowi, to były jedne z rzeczy, których wtedy w Urban Garden mi zabrakło. Tomek też w fajny sposób starał się tę energię odbijać z powrotem do zgromadzonych fanów i za to szacun. Była jeszcze jedna wyjątkowa rzecz tego dnia: Weekend wykonany przy zgaszonych światłach, a włączonych zapalniczkach oraz telefonach. I pełnej, śpiewającej sali. Naprawdę mistrzowski klimat, którym VNM swój koncert zakończył.

To, co się działo później, mogę określić tylko w jeden sposób: Sokół dał mega profesjonalny show. Człowiek miał wrażenie, że absolutnie wszystko jest na swoim miejscu. Od zachowania scenicznego Wojtka Sokoła i tego, jak na każde Jego słowo reagowała żywo publika, aż po wykonanie giftów w postaci plakatów, nalepek i płytek, które dostawał każdy przy wyjściu. W ogóle rap Wojtka i śpiew Marysi to świetny koncertowy układ. Zestawienie, w którym ani jedno, ani drugie nie jest tylko "wypełniaczem", ale naprawdę integralną częścią każdego utworu. Jest zatem na koncercie czas dla tych fanów, którzy dopatrują się fenomenu płyty "Czysta Brudna Prawda" w wokalu Marysi Starosty, jest czas i dla tych, dla których to nadal Sokół jest tą główną osią sprawczą. Jest to wspaniały kontrast - z jednej strony zdecydowany, nieprzebierający w słowach Sokół, a z drugiej piękna Marysia, u której wypowiedzenie choć jednej "kurwy" brzmi totalnie surrealistycznie i w ogóle wydaje się wbrew Jej naturze. Podczas samego gigu w Proximie oboje jednak wielokrotnie podkreślali, że w skład koncertowego zespołu wchodzą także Hades jako hypeman oraz DJ-e: Deszczu Strugi oraz Kebs. Jakże różniło się to od występów, gdzie o niektórych osobach wspomina się tylko na początku i końcu koncertu. Tu było to podkreślane na każdym kroku - działanie godne podziwu. Jeśli już miałbym szukać jakiegoś słabszego momentu koncertu, to były to chwile, kiedy pałeczkę przejmował Hades. Dostał czas, żeby zaprezentować jakieś 4 numery ze swojego ostatniego albumu. Fakt, że to jednak nie ten poziom oraz że publika też nie była do końca z tym materiałem obeznana, sprawił, że sam koncert na chwilę stracił na tempie. Ale, tak jak już mówiłem, nie był to przecież koncert pt. Wojtek Sokół Solo. Setlista w przypadku szefa PROSTO także była świetnie dobrana - wiadomo, że daniem głównym był materiał z płyty z Marysią, ale nie mogło zabraknąć największych hitów WWO jak Każdy Ponad Każdym czy Damy Radę. Co ciekawe, cały występ był także transmitowany na youtubie - Sokół pod kątem internetu jest bardzo na czasie, ale o tym może kiedy indziej. Oprócz tego, był oczywiście wymagany bis, był crowdsurfing w wykonaniu Wojtka, a na koniec było jeszcze gromkie "dziękujemy" od publiki. Sokół długo pracował, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jest teraz, i dawać właśnie takie występy na żywo. W hip-hopowym rzemiośle koncertowym ociera się o perfekcję.

czwartek, 31 maja 2012

Energia. Szczerość. Oddanie. [relacja z koncertu Te-Tris & Rasmentalism]

Kiedy idziesz na koncert, to zazwyczaj się czegoś spodziewasz. Że artysta zagra to i to, że będzie dużo dzieciaków/gimbusów czy że będzie po prostu solidny gig. Ja też miałem swoje oczekiwania, wybierając się na wspólny koncert Te-Trisa i Rasmentalismu. Niewygórowane, ot liczyłem, iż "będzie fajnie". Zdecydowanie nie byłem przygotowany na to, co nastąpiło w klubie.

Mijała właśnie godzina od momentu wyjścia na scenę Rasa. Godzina, po upływie której poczułem się... potwornie zmęczony. Pomijam już to, że było koszmarnie duszno, to tylko potęgowało to wrażenie. Ale ekipa Rasmentalismu zagrała tak energetyczny koncert, jakiego na hip hopowych eventach jeszcze nie przeżyłem (a przynajmniej nie przypominam sobie takiego). Z początku wydawało się jeszcze, że Ras nie za bardzo momentami wchodził w bit, ale ta energia rekompensowała drobne wpadki - niepisana umowa rodem z punkowych koncertów i tu miała swoje zastosowanie. Dawno też nie widziałem, aby publika tak dobrze, bardzo solidnie wypadała w roli hypemana! Ludzie pod sceną śpiewali, krzyczeli, co tylko się dało. Właściwie tej szalonej zabawie nie było końca, a 60 minut minęło jak z bicza strzelił. Przebywanie w strefie pierwszych 3-4 metrów od sceny wiązało się co prawda z ciągłym skakaniem i odbijaniem o - często dość mocno spoconych - fanów, ale wpisywało się to w klimat koncertu. Sam Ras zrobił na mnie osobiście duże wrażenie - na scenie opanowany, zdecydowany, bardzo pewny siebie, ale też nie zarozumiały. Teraz już wiem, czego się spodziewać po koncertach Rasmentalismu: pierdolonego ognia i atmosfery tak gęstej, że bez koszulki na zmianę ciężko się będzie obejść.


Dopiero, kiedy skończył się koncert Rasmentalismu, cofnąłem się trochę i zobaczyłem, że Klub 55 był praktycznie pełny - co w przypadku Miasta Stołecznego Warszawa wcale nie jest takim częstym zjawiskiem. Ale w końcu okazja była nielicha - prócz samych koncertów na ten dzień zaplanowana była również celebracja urodzin Te-Trisa. Solenizant dał odrobinę mniej żywiołowy gig niż Ras i spółka, bo i po pierwszej ekipie też sporo osób było solidnie wymęczonych. Natomiast z minuty na minutę Tet się rozkręcał... Oczywiście na setliście rządził ostatni krążek Adama, Lot 2011, muzycznie było więc bardzo dobrze. ALE ALE. Tu też właśnie objawił się powód, dlaczego warto czasem ruszyć tyłek na koncert. Może wydaje się to banalne i oczywiste, ale podczas występów na żywo zdarza się, że konkretny numer człowiek odbiera w trochę innym świetle, zaczyna go bardziej rozumieć, doceniać. Tak było choćby w moim przypadku z kawałkiem W Imię Nas, w którym Tet opowiada o swoich bliskich. Tego dnia sporo z nich było w klubie i te wszystkie emocje między raperem a Jego znajomymi i przyjaciółmi było widać jak na dłoni. Taaak, był to mega szczery koncert. Klimat jednej, wielkiej, rapowej rodziny był mocno odczuwalny nawet dla mnie, zwykłego fana twórczości Te-Trisa, więc mogę się tylko domyślać, co czuli ludzie z Siemiatycz, którzy znają się z Adamem od dawna. Atmosferę całego wydarzenia oddaje po części ten filmik z życzeniami dla solenizanta. Pozostaje jedynie życzyć Adamowi dużo zdrowia, aby co roku był w stanie tak świętować swoje urodziny. Obowiązkowo w Warszawie.

niedziela, 22 kwietnia 2012

To Tabasko, to Tabasko! [relacja]

Wychodzę z domu, zakładam słuchawki, włączam Tabasko, to początek drogi. Biegnę do Urban Garden, żeby się nie spóźnić, a i tak naczekam się jak zwykle. No ale w końcu pojawiają się na scenie: O.S.T.R. oraz Kochan, Zorak i DJ Haem - ci trzej ostatni w ważniejszych rolach niż zwykle. W końcu to Tabasko!


W czwartek w Urban Garden było dość tłoczno, co mogło świadczyć o dobrym odbiorze płyty Ostatnia Szansa Tego Rapu, ciekawości ludzi, jak skład Tabasko wypada na scenie lub (co pewnie najbardziej prawdopodobne) była to po prostu połowa tego, co przychodzi zwykle na Adama Ostrowskiego. Po przesłuchaniu krążka czy chociażby wypuszczonych dwóch singli można było zauważyć, że O.S.T.R. odżył po średnio udanym Jazz, Dwa, Trzy, ale i zaskoczyli (pozytywnie) poziomem nawijki pozostali, głównie beatboxer Zorak. Poszedłem sprawdzić, czy tak samo dobrze będzie na scenie.
Tego dnia Tabasko w Tabasko było 50% - pierwsza część koncertu to energetyczny wykon, na scenie działo się dużo, gdyż mieliśmy co najmniej trzech ludzi z majkami, rzadziej podłączał się DJ Haem. Bity na żywo zabrzmiały mocarnie, publika dobrze się bawiła przy lekko połamanych bębnach czy momentami bardziej elektronicznych podkładach. Fantastyczna czwórka z ŁDZ dała bardzo przyzwoite show, któremu ciężko było na dłuższą metę coś zarzucić.
Druga część koncertu to już standardowy koncert Ostrego. Adam bardzo szybko przeleciał się z publicznością po prawie całej dyskografii, w tym także nie mogło zabraknąć naturalnie tych najbardziej wyczekiwanych przeze mnie, starszych numerów jak Kochana Polsko czy Salsa (którą, nie przypominam sobie, żebym za często słyszał na poprzednich koncertach, fajnie). Pomiędzy kawałkami oczywiście pojawiały się przemowy Adama: o synu, o żonie i życiu... Inspirujące, szczere, trafiające w sedno, jak zwykle zresztą. Oprócz tego mieliśmy także performance: Ostry na skrzypcach + Zorak robiący beatbox, a na końcu obowiązkowy freestyle. I niby można się było tego spodziewać, niby wszystko już widziane n razy, ale... kiedy już pojawia się każdy z tych sztandarowych elementów koncertu O.S.T.R.-a, to jest to nadal na bardzo wysokim poziomie. I chce się więcej, dłużej, mocniej.
Po 100 minutach odcięto prąd definitywnie, Ostry powiedział ostatni raz "dzięki" i zszedł ze sceny. A ja założyłem słuchawki, poleciała Zachłanność.

sobota, 14 kwietnia 2012

Ludzie robią wielką różnicę [relacja z koncertu Bonsona]

Bo czasami jest tak, że koncert nie udaje się w 100%...


Co stanęło na przeszkodzie, żeby był to przyzwoity występ? Otóż, nastąpiło spore przeszacowanie - często przy prognozowaniu liczby obecnych osób bierze się pod uwagę frekwencję facebookową, która potrafi być... hmm, bardzo niemiarodajna. I tak było też tym razem - ponad 270 osób zapisanych na evencie, a w klubie może setka by się uzbierała... z ochroną i osobami za barem.
Czyżby dwie dyszki to była wygórowana cena za koncert samego Bonsona? Za słaba promocja? Za mały odstęp czasowy od poprzednich występów? A może wszyscy spłukali się po nietanim koncercie Tabasko dzień wcześniej? Powiecie, że frekwencja nie jest najważniejszym czynnikiem, a moim zdaniem jest właśnie cholernie ważna.
Bo pomijając już te wszystkie potencjalne powody mniejszego zainteresowania wydarzeniem, muszę przyznać, że był to najsłabszy z trzech warszawskich koncertów duetu Bonson/Matek, jakie dane mi było zobaczyć. Różnicę robiła właśnie ta publika. Czy to w Balsamie, gdzie Bonson występował jako gwiazda wieczoru, a sam event był dobrze wypromowany, czy też jako support przed Pezetem i Małolatem w 1500m2 - w obu tych przypadkach kluby były wypchane po brzegi ludźmi, którzy nieśli Bonsona, a ten na scenie robił ogień. Dziś, zarówno On, Jego hypeman (Orzeu lepiej w tej roli wypadał), jak i Matek wyglądali na lekko speszonych - ludzi było mniej niż się spodziewano, a też nie reagowali jakoś specjalnie energetycznie. Dziś robienie swojego, prezentowanie dobrego rapu to niestety było mało. Tak nieliczna, niemrawa publika musiała być mocniej angażowana, z ludzi wyciągać trzeba było maksa. Tego trochę mi zabrakło ze strony muzyków.
Kiepski początek mógł tez wynikać z przeciągającego się startu - to wiem po sobie samym, bo przychodząc na 22.00, byłem zmuszony przeczekać jeszcze godzinę w klubie, co jednak musiało zmulić. Nie byłem w tym chyba osamotniony, bo pozostałych ludzi nie rozkręciły z początku nawet takie hiciory jak Rok Później czy Mów Mi Bonson. Dopiero kiedy pod koniec zagrane zostały jeszcze raz, publika reagowała jak należy. No właśnie, tu znów lekki zarzut. Wiem, że był to koncert promujący (ponownie wydaną) płytę Historia Po Pewnej Historii, ale to wręcz grzech powtarzać z niej na koniec koncertu aż trzy utwory, kiedy ma się w dorobku świetne kawałki z wcześniejszych wydawnictw, nawet tych nielegalnych. Nie wypadłyby na pewno gorzej niż średnio przyjęty tego dnia numer z płyty Młodych Wilków czy zwrotka, którą Bonson nagrał na płytę Solara i Białasa. Oby kolejne koncerty były bardziej zróżnicowane pod kątem przygotowanego materiału..
Co zatem na plus? Na pewno wykonania kawałków O Mnie Się Nie Martw (który ja osobiście odkryłem na nowo) oraz Numeru Nieznanego, wyrastającego na największą koncertową petardę w dorobku Bonsona. Powtórzone Pan Śmieć, Mów Mi Bonson i Rok Później także nieźle wypadły i zostały nawet przyzwoicie odśpiewane w refrenach przez publikę.

Oczywiście nie był to zupełnie stracony wieczór i zupełnie zły koncert. Było średnio, ale większa w tym wina słabej frekwencji niż artysty. Wina zadeklarowanych (jeśli tak można nazwać facebookowe "wybieram się"), którzy w końcu w Urban Garden się nie pojawili. Wstydźcie się, kurwa! Bonson z Matkiem przez prezentowany poziom zasługują na więcej, znacznie więcej.

sobota, 7 kwietnia 2012

Profesjonalnie dostarczona energia [relacja]

Występy na żywo mają w sobie niesamowitą moc, bo potrafią przekonać do konkretnego zespołu, płyty czy piosenki. I tak też było trochę w moim przypadku, kiedy wybierałem się na koncert Power of Trinity, nie będąc w 100% dobrze nastawionym do ostatniej płyty. Od koncertu minął tydzień, a krążek „Loccomotiv” praktycznie nie opuszcza mojego odtwarzacza.


Łódzka kapela jest swoistym ewenementem na skalę kraju, gdyż nikt tak nie łączy reggae’owych klimatów z rockowymi riffami. Dlatego nawet taka osoba jak ja, której raczej nie po drodze z muzyką reggae, znajduje już od kilku lat w ich twórczości coś dla siebie. Co prawda pierwsza płyta Power of Trinity – „11” nie odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego, ale chłopaki z nawiązką odbili to sobie drugim krążkiem, Loccomotiv. Z początku ten materiał do mnie nie przemówił, ale dzięki poniedziałkowemu koncertowi udało się odkryć Power of Trinity na nowo i docenić progres, jaki wykonali od „11”. Kiedy pojawiłem się w Hard Rock Cafe, na scenie publiczność rozgrzewał jeszcze support w postaci StraightMinds. I trzeba przyznać, że stylistycznie pasowali do gwiazdy wieczoru: mogła zapaść w pamięć rockandrollowa forma i sceniczne zachowanie wokalisty. Potem, punktualnie, na scenie pojawili się panowie z Power of Trinity. W Warszawie z tym rozpoczynaniem koncertów o czasie jest tak sobie, więc zdecydowanie trzeba wyróżnić to na plus.

A sam koncert… Profesjonalnie dostarczona energia. Łódzki zespół przez grubo ponad godzinę zaprezentował fanom obecnym w Hard Rock Cafe mieszankę swoich obu płyt. Było różnorodnie, było energetycznie, było melodyjnie. Z perspektywy koncertowej utwory z pierwszego albumu wypadały nawet lepiej niż nagrania studyjne, z drugiego – porównywalnie. Tym niemniej Power of Trinity na żywo wytwarzają klimat naturalnie bliższy imprezowemu niż takiemu, gdzie tylko się stoi i sączy piwo. Dlatego zgromadzona licznie publiczność – o dziwo, w końcu to jednak poniedziałek – mniej lub bardziej żwawo poruszała się w rytm kolejnych utworów. Oczywiście wiele osób wyczekiwało na singlowe „Chodź Ze Mną”, które pozamiatało konkurencję na wielu listach rockowych, w tym i w tych najpopularniejszych stacjach radiowych. Na szczęście kapela swój największy hit zagrała prawie pod sam koniec. Jeśli czegoś miałbym się czepiać, to może nieudolnej interakcji wokalisty z ludźmi pomiędzy utworami. Można też było mieć kłopoty ze zrozumieniem tekstu, kiedy Jakub Kuźba śpiewał po angielsku… Ale pomimo tych małych minusów spisywał się znakomicie – jego wibrujący, charyzmatyczny wokal, to moim zdaniem esencja koncertów Power of Trinity.

Tzw. „syndrom pokoncertowy” ujawnił się u mnie bardzo szybko, gdyż tuż po wyjściu z klubu co kilka minut nuciłem sobie pod nosem melodię z utworu „Chodź Ze Mną”. I widzę już oczami wyobraźni, co może się dziać podczas tegorocznych juwenaliów w Warszawie, kiedy w podobny trans wpadnie dużo szersza widownia. Nieważne, że wielu ludzi zetknie się wtedy z Power of Trinity być może po raz pierwszy – Łodzianie udowodnili w poniedziałek, że są prawdziwą koncertową (lux)torpedą.


Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.

środa, 28 marca 2012

Drimz Kamyn Tru w Warszawie? [relacja]

Na ostatnim koncercie z udziałem VNM-a byłem bardzo dawno temu w maju 2010 roku, we Freshu, kiedy na imprezie charytatywnej prezentował się obok wielu czołowych raperów z polskiej sceny hip-hopowej. Tomek wypadł wtedy słabo – nie można było zupełnie zrozumieć rapowanych słów, w dodatku był mocno wstawiony. Na długi czas wtedy skreśliłem go ze swoich planów koncertowych. Minęło trochę czasu, w międzyczasie pojawiły się dwa legalne wydawnictwa, więc postanowiłem dać VNM-owi drugą szansę.


Mała dygresja: czy w Urban Garden, niezależnie od organizatora, koncerty zaczynają się o 22.00, pomimo że podają start o 21.30? Sądziłem, że to jednorazowe zjawisko przy okazji koncertu Medium, ale powtórzyło się. Wygląda na to, że albo będzie się przychodzić wcześniej i czekać albo przychodzić te pół godziny później i lekko ryzykować (a nuż koncert zacznie się zgodnie z podaną godziną?). Mogliby pisać „początek 22.00” i byłoby po sprawie. Koniec dygresji.

De Nekst Best okazało się w moim prywatnym rankingu jedną z najlepszych płyt 2011 roku, a Etenszyn: Drimz Kamyn Tru zdominowało pierwszy kwartał 2012. Wystarczyło powodów, żeby się przełamać i zobaczyć, jak Tomek daje sobie radę na koncertach. I okazało się, że poprawił znacznie wymowę, nie wypił chyba też za dużo przed występem. Pod tym kątem – wielka poprawa. Nie wiem tylko, dlaczego bał się podśpiewywać i na koncercie korzystał ze wspomagania w postaci podkładu w tych newralgicznych momentach. Lekko się rozczarowałem, bo byłem ciekaw, jak te śpiewane wstawki, zjawisko dość rzadkie w polskim rapie, wychodzą VNM-owi na żywo. Nie udało się. Wyglądało to słabo, ale cóż, dało się z czasem przyzwyczaić.

To, co w Urban Garden było zdecydowanie na plus, to goście, których zaprosił VNM. Pojawili się oczywiście Marysia Starosta, Łozo i Tomson, którzy udzielali się wokalnie na E:DKT, ale nie zabrakło też. Włodiego, który wykonał z VNM-em Róże Betonu. Sam dobór kawałków także niezły – było różnorodnie, bo na tle tych z ostatniej płyty pojawiły się też starsze numery, zwrotka z I Żeby Było Normalnie z PROSTO Mixtape czy już kultowy Placek z haszem. „Fał” dawał od siebie podczas występu dużo energii, utrzymywał świetny kontakt z publiką czy nawet zrobił pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą sprawą były też czerwone balony z helem wręczane dziewczynom, które potem trzymały je w tłumie, co było fajnym nawiązaniem do okładki E:DKT i nieźle sprawdziło się w praktyce. Ale no właśnie… tłum. Nie było ścisku, choć nie można powiedzieć też, że w Urban Garden było pusto – frekwencja na umiarkowanym poziomie. A sama publika… no nie wiem, atmosfera była trochę „biesiadna”. Wyglądało to tak, jakby niektórzy z obecnych tam ludzi niezbyt często chodzili na koncerty. A przynajmniej nie na koncerty rapowe. Nie czuło się vibe’u pod sceną. Wieczór spędzony nieźle, ale jakiś niedosyt z tego powodu pozostał.

piątek, 10 lutego 2012

Medium - tworzy się coś wielkiego [relacja]

Mimo że sobotni (28.01) koncert Medium w warszawskim Urban Garden nie był najgorętszym, najbardziej wyczekiwanym czy najmocniejszym występem hip-hopowym tego roku, to wiele osób mogło sobie pomyśleć „oglądamy człowieka, który będzie lada chwila wymieniany jednym tchem z najlepszymi raperami w kraju”. Bo istotnie wszystko jest na jak najlepszej drodze ku temu.


Urban Garden – pierwszy raz zdarzyło mi się być na koncercie właśnie w tym miejscu i… wyszedłem pozytywnie zaskoczony. Lokalizacja – samiutkie centrum Warszawy. Sala dla palaczy znajduje się obok koncertowej, ale dzięki dobrej wentylacji dym papierosowy w żadnym stopniu nie przenika z jednej do drugiej – dobrze wrócić do domu w ciuchach, które nie śmierdzą fajkami. Przestrzeń na kilkaset osób i całkiem niezłe nagłośnienie – kolejny plusy tego miejsca. Bardzo szybko Urban Garden trafia do listy najlepszych miejsc nadających się na hip-hopowe imprezy. Jedynym minusem, niezwiązanym bezpośrednio z klubem, było półgodzinne opóźnienie. Jak na koncerty raperów, to i tak stosunkowo mało, ale przyznam się, że nie do końca ogarniam fenomen tych „kontrolowanych” obsuw. Jeśli już pojawia się informacja o konkretnej godzinie rozpoczęcia, to dobrze się tego trzymać. Pocieszał fakt, iż zaplanowana była tego dnia w klubie jeszcze jedna impreza, więc samo opóźnienie też nie mogło być za duże. I istotnie, chwilę przed 22.00 Piotrek Kowalczyk, czyli Medium pojawił się na scenie.

Nie było fanfar, werbli, jakiejś zbędnej napinki… Bez gwiazdorzenia, jak to słusznie sam artysta zauważył. I taki stan rzeczy utrzymywał się przez cały występ – odczuwalne było to, że Medium chce rapować do ludzi, do każdej osoby obecnej w klubie. Co prawda zaczęło się wszystko trochę słabszym, niż można byłoby się spodziewać, freestyle’em, ale cytując Łonę: „to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy” – może ten gorszy początek był spowodowany lekką chorobą rapera? W dalszej części koncertu nie miało to już większego znaczenia, bo z każdym kolejnym utworem było coraz lepiej. Medium pokazał klasę: na żywo jego głos nic nie tracił ze swojej wyrazistości, a był praktycznie cały czas w użyciu, bo nie było rapujących gości czy hypemana, którzy daliby chwilę oddechu. Była to solidna godzina rapu przerywana niezłym freestyle’em oraz trochę wymuszonymi beatboxowymi wstawkami. Ważna była również komunikacja z ludźmi pod sceną, ta nić porozumienia między artystą a odbiorcą. Jakimś sposobem Medium z mic’iem na żywo budzi niesamowite zaufanie. Piotrek ponadto przy kilku utworach pokusił się również o drobny komentarz oraz zaapelował do zebranych, żeby nie brać wszystkiego zawartego na Teorii Równoległych Wszechświatów na poważnie. I można jedynie mieć żal, że na koncercie Medium ograniczył się jedynie do tej płyty, choć z publiki dało się usłyszeć prośby o starszy materiał.

Co tu dużo mówić – nowe kawałki na żywo brzmią równie dobrze jak na płycie. Na szczególne wyróżnienie zasłużyły imprezowa Karuzela oraz pełen energii Obiekt Pożądania, które świetnie rozruszały ludzi pod sceną. A Medium jedynie potwierdził, że występy live są jego mocnym punktem.

Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.

sobota, 10 grudnia 2011

Zanurzyć się i utonąć

26 listopada, sobota. Od początku dnia zimno, mokro, z domu wręcz nie chce się wychodzić. Marazm. W małej klubokawiarni na ulicy Ogrodowej 31/35 odbywa się tymczasem niecodzienne i piękne wydarzenie. W końcu nie każdego dnia w Chwili ma miejsce koncert z okazji 10-lecia działalności jakiegoś zespołu. Zwłaszcza, że tą grupą jest wrocławski Ocean.


Kapela, na której czele stoi Maciek Wasio, przebyła długą drogę, aby znaleźć się tego dnia w tym klubie. Było wiele rotacji w składzie, było wydanych pięć krążków, zagrali setki koncertów. Jak sami mówili podczas sobotniego występu: „minęło to bardzo szybko”. Podobne wrażenie mam co do ich koncertu. Ocean zagrał półtorej godziny, ale upływu czasu kompletnie się nie dało odczuć.

Zaczęło się, jak to zwykle bywa, supportem. Przed głównym zespołem zaprezentowała się już całkiem nieźle rozpoznawalna w stolicy Forma. Za warszawską grupą do Chwili przybyło sporo fanów, dlatego pod sceną pusto nie było. Sam występ przyzwoity, choć żaden fragment jakoś specjalnie mocno nie utwił mi w głowie. Przed koncertem Oceanu udało się za to bliżej przyjrzeć samej lokalizacji. Bo Chwila nie jest typowo koncertowym klubem. To raczej klubokawiarnia, dlatego większą część lokalu stanowią kanapy, stoliki oraz obszerny bar, podczas gdy scena umiejscowiona jest niejako obok. Stąd koncerty odbywają się tam regularnie, ale raczej na przewidziane circa 100 osób.

Moje rozważania na temat doboru lokalizacji i promocji samego wydarzenia trwałyby dłużej, gdyby w porę swojego występu nie rozpoczął Ocean. Liczyło się już wtedy tylko wrocławskie trio i publika ustawiona przed sceną, czekająca na pierwsze dźwięki gitary Maćka. Zaczęło się Depresyjną Piosenką O Niczym
Każdy zespół zapytany o to, co grają, będzie odpowiadał wymijająco, że czerpią z różnych stylów i jednoznacznie nie można tego określić. Ocean jest jedną z niewielu grup na polskiej scenie, którą faktycznie ciężko zamknąć w jednej-dwóch szufladkach. Z jednej strony jest to zasługa wypracowanego własnego brzmienia, z drugiej – rozpiętości stylistycznej, do której już zdążyli przyzwyczaić fanów. Esencją tego są właśnie koncerty, gdzie stykają się ze sobą kompozycje niesamowicie melodyjne oraz te nasycone cięższymi riffami, wolne oraz szybkie, przebojowe oraz te wybitnie nieradiowe.

Sobotni występ był niejako specyficzny, bo rozkręcał się dosyć nieśmiało, aby z każdą chwilą dostarczać coraz to większych emocji. Na setliście urodzinowej trasy znalazły się utwory z nowszych płyt jak Cztery (Czas By Krzyczeć) czy Wojna Świń (m.in. Flota Duchów i Kto Szybciej Pod Piach), ale nie zabrakło także miejsca dla starszych kompozycji, dzięki którym Ocean zyskał rozgłos. Było oczywiście przepełnione klimatem Tobie, energetyczne Uważaj – Tracisz Głowę, a tradycyjnie na zakończenie pojawiło się Dzień Dobry. Zespół zrobił wielu fanom miłą niespodziankę, gdy zagrał utwory, które praktycznie nigdy się na koncertach nie pojawiają: Przedzawałowe Stany Zjednoczone oraz Krzyk. Jedyne, co można zarzucić wykonaniom, to nieobecność drugiej gitary – Michała Grymuzy, który pożegnał się z Oceanem po nagraniu Wojny Świń – w pojedynczych numerach odczuwalny był brak melodii, czasem też nie było gdzieś tego mocniejszego uderzenia w refrenach. Ale była to tylko łyżka dziegciu w oceanie wspaniałych emocji. Tak jak coraz lepiej bawiła się publiczność, tak i sam zespół sprawiał wrażenie, że koncert w Warszawie jest dla nich czymś bardzo szczególnym i czerpią przyjemność z każdej sekundy grania. Może też dlatego grupa dała się przekonać, aby poza standardowym bisem, zaprezentowali jeszcze coś na koniec. To na koncercie zawsze kapitalny moment, kiedy zespół zastanawia się, co zagrać, bo nie miał tego dodatkowego kawałka w planach. Po krótkiej naradzie grupy ludzie zgromadzeni w Chwili usłyszeli piosenkę Którędy Do Ciebie Iść, która ma wszystko, aby zostać kolejnym singlem Oceanu.

Po sobotnim wydarzeniu jedna rzecz nie daje mi wciąż spokoju. Dzień wcześniej jeden z nielicznych koncertów dawała zaprzyjaźniona z Oceanem kapela Illusion – na Torwarze, w otoczeniu kilku tysięcy osób. Nie wyobrażam sobie, żeby kolejna dekada nie przybliżyła Maćka Wasio i spółki do takich występów. Tak niewiele mamy zespołów, które na podobny splendor zasługują.

Relację znajdziecie również na stronie Radia Aktywnego