sobota, 14 kwietnia 2012

Audycja #11 z 09.04.2012: Koniec Rocka bo Folk i Indie

Indie i folk to gatunki bardzo rzadko słyszane na Końcu Rocka, lecz czasem i w te rejony zdarza mi się zagłębić, więc chciałem podzielić się z Wami swoimi odkryciami. Chociaż na ile można przed kimś odkryć Florence and the Machine czy dobrze znaną panią Tracy Chapman?




Niespodziewanie tego dnia pojawiło się sporo damskich wokali, bo mieliśmy przecież jeszcze Yeah Yeah Yeahs (do którego jeszcze w całości się nie przekonałem, ale Runaway jest genialne), 16-letnią Birdy (na zdjęciu powyżej, niesamowicie uzdolniona) i coś z Polski, czyli Małą Czarną. Więcej rocka (nawet jeśli z domieszką indie) uświadczyliśmy oczywiście na początku dzięki Snow Patrol. Fallen Empires, z którego to albumu pochodzi Called Out in the Dark, spokojnie zmieściłoby się w moim notowaniu TOP5 albumów zagranicznych 2011 roku. 

1. Snow Patrol - Chasing Cars (Eyes Open, 2006)
2. Snow Patrol - Called Out in the Dark
(Fallen Empires, 2011)
3. Florence and the Machine - Rabbit Heart (Raise It Up)
(Lungs, 2009)
4. Florence and The Machine - What the Water Gave Me
(Ceremonials, 2011)
5. Yeah Yeah Yeahs - Runaway
(It's Blitz!, 2009)
6. Tracy Chapman - Fast Car
(Tracy Chapman, 1988)
7. Mała Czarna - Tulipany
(EP koncertowe, 2008)
8. Mała Czarna - Puls
(EP koncertowe, 2008)
9. Birdy - Skinny Love
(Birdy, 2011)
10. Birdy - Shelter
(Birdy, 2011)

Ludzie robią wielką różnicę [relacja z koncertu Bonsona]

Bo czasami jest tak, że koncert nie udaje się w 100%...


Co stanęło na przeszkodzie, żeby był to przyzwoity występ? Otóż, nastąpiło spore przeszacowanie - często przy prognozowaniu liczby obecnych osób bierze się pod uwagę frekwencję facebookową, która potrafi być... hmm, bardzo niemiarodajna. I tak było też tym razem - ponad 270 osób zapisanych na evencie, a w klubie może setka by się uzbierała... z ochroną i osobami za barem.
Czyżby dwie dyszki to była wygórowana cena za koncert samego Bonsona? Za słaba promocja? Za mały odstęp czasowy od poprzednich występów? A może wszyscy spłukali się po nietanim koncercie Tabasko dzień wcześniej? Powiecie, że frekwencja nie jest najważniejszym czynnikiem, a moim zdaniem jest właśnie cholernie ważna.
Bo pomijając już te wszystkie potencjalne powody mniejszego zainteresowania wydarzeniem, muszę przyznać, że był to najsłabszy z trzech warszawskich koncertów duetu Bonson/Matek, jakie dane mi było zobaczyć. Różnicę robiła właśnie ta publika. Czy to w Balsamie, gdzie Bonson występował jako gwiazda wieczoru, a sam event był dobrze wypromowany, czy też jako support przed Pezetem i Małolatem w 1500m2 - w obu tych przypadkach kluby były wypchane po brzegi ludźmi, którzy nieśli Bonsona, a ten na scenie robił ogień. Dziś, zarówno On, Jego hypeman (Orzeu lepiej w tej roli wypadał), jak i Matek wyglądali na lekko speszonych - ludzi było mniej niż się spodziewano, a też nie reagowali jakoś specjalnie energetycznie. Dziś robienie swojego, prezentowanie dobrego rapu to niestety było mało. Tak nieliczna, niemrawa publika musiała być mocniej angażowana, z ludzi wyciągać trzeba było maksa. Tego trochę mi zabrakło ze strony muzyków.
Kiepski początek mógł tez wynikać z przeciągającego się startu - to wiem po sobie samym, bo przychodząc na 22.00, byłem zmuszony przeczekać jeszcze godzinę w klubie, co jednak musiało zmulić. Nie byłem w tym chyba osamotniony, bo pozostałych ludzi nie rozkręciły z początku nawet takie hiciory jak Rok Później czy Mów Mi Bonson. Dopiero kiedy pod koniec zagrane zostały jeszcze raz, publika reagowała jak należy. No właśnie, tu znów lekki zarzut. Wiem, że był to koncert promujący (ponownie wydaną) płytę Historia Po Pewnej Historii, ale to wręcz grzech powtarzać z niej na koniec koncertu aż trzy utwory, kiedy ma się w dorobku świetne kawałki z wcześniejszych wydawnictw, nawet tych nielegalnych. Nie wypadłyby na pewno gorzej niż średnio przyjęty tego dnia numer z płyty Młodych Wilków czy zwrotka, którą Bonson nagrał na płytę Solara i Białasa. Oby kolejne koncerty były bardziej zróżnicowane pod kątem przygotowanego materiału..
Co zatem na plus? Na pewno wykonania kawałków O Mnie Się Nie Martw (który ja osobiście odkryłem na nowo) oraz Numeru Nieznanego, wyrastającego na największą koncertową petardę w dorobku Bonsona. Powtórzone Pan Śmieć, Mów Mi Bonson i Rok Później także nieźle wypadły i zostały nawet przyzwoicie odśpiewane w refrenach przez publikę.

Oczywiście nie był to zupełnie stracony wieczór i zupełnie zły koncert. Było średnio, ale większa w tym wina słabej frekwencji niż artysty. Wina zadeklarowanych (jeśli tak można nazwać facebookowe "wybieram się"), którzy w końcu w Urban Garden się nie pojawili. Wstydźcie się, kurwa! Bonson z Matkiem przez prezentowany poziom zasługują na więcej, znacznie więcej.

sobota, 7 kwietnia 2012

Audycja #10 z 02.04.2012: Koniec (Post) Rocka

Tego dnia wszystko przebiegło już zgodnie z założeniami audycji. Zaczęło się standardowo, modern-rockowym Shinedown, którego krążek Amaryllis gromadzi w sobie niesamowite pokłady energii i jest pozycją obowiązkową dla fanów. A w zasadzie jest nawet najlepszym albumem hard-rockowym z tych, które w tym roku się ukazały. Potem było coraz bardziej przestrzennie... 


Australijskie The Butterfly Effect, które nawiązuje bardziej do teorii chaosu niż filmu o tym samym tytule, oraz Brytyjskie Oceansize stały się swoistymi łącznikami między rockiem a post-rockiem. Przy okazji If These Trees Could Talk udało się zaprosić na ten i kilka innych post-rockowych koncertów, które niedługo odbywać się będą w Warszawie. Ciężko było mi nie puścić Mogwai - We're No Here, gdyż był to jeden z pierwszych kawałków, które tak mocno przyciągnęły mnie kiedyś do klimatów instrumentalnych. A zakończyliśmy jednym z moich prywatnych odkryć, które nigdy nie wybiło się nigdzie dalej (a być może już nawet nie istnieje). Ale Elements of Something Really Beautiful to kapela, która oprócz unikalnej, przydługiej nazwy (jakże to charakterystyczne dla post-rocka!) stworzyła jeden, ciekawy album: Hey Angel. A utwór My Life as Stardust to rzecz, która potrafi mocniej wbić się w głowę, posłuchajcie

1. Shinedown - Carried Away (Us and Them deluxe edition, 2005)
2. Shinedown - Unity
(Amaryllis, 2012)
3. The Butterfly Effect
- 7 Days (Final Conversation of Kings, 2008)
4. The Butterfly Effect - Worlds On Fire
(Final Conversation of Kings, 2008) 
5. Oceansize - Unfamiliar (Frames, 2007)
6. Oceansize - Commemorative 9/11 T-shirt
(Frames, 2007) 
7. If These Trees Could Talk - Rebuilding the Temple of Artemis (Above the Earth, Below the Sky, 2009)
8. Mogwai
- We're No Here (Mr Beast, 2006)
9. Elements of Something Really Beautiful
- My Life as Stardust (Hey Angel, 2007)

Dostępna jest już także youtube'owa playlista!

Niezbadany wulkan energii – wywiad z Hands Resist

Są przykładem zespołu kompletnie nieobecnego w polskim mainstreamie, podczas gdy ich utwory spokojnie mogłyby śmigać w rozmaitych rockowych stacjach radiowych. W ostatnim czasie wygrali studencki festiwal GAPA Rock, nagrali długogrający album, teraz szykują się do nagrania teledysku. A do tego ich koncerty to szalona energia sceniczna oraz nieprzewidywalna, zwariowana integracja z publiką. Polska kapela, którą warto znać, mimo że nie ma za sobą wielkiej wytwórni i tysięcy sprzedawanych płyt. Jeszcze.

Hands Resist
Hubert "Variath" Traczyk - gary
Olek "Olo" Kosacki - wiosło #1
Karol Kawka - wiosło #2
Jacek "Jajco" Marek - grube struny
Michał "Yogi" Traczyk - glosowe struny


Ja: Spotykamy się prawie dwa miesiące po wygranym przez Was festiwalu GAPA. Co się zmieniło od tamtego czasu? Wykrystalizowała się już w głowach wizja teledysku, który był nagrodą za zwycięstwo na tym przeglądzie? Kiedy możemy się spodziewać gotowego klipu?

Olo: Scenariusz został dopasowany do tekstu. Do teledysku zaprosiliśmy wokalistkę CF98 – Karcię, oraz sekcję dętą z zespołu The Mugshots, którzy udzielają się w piosence „Wszystko to, co mam”, bo do tej piosenki będzie kręcony klip.
Karol: Ustaliliśmy też, że oprócz fabuły częścią teledysku ma być gruba impreza. Teledysk będziemy kręcić w kwietniu.

GAPA to był Wasz pierwszy wygrany festiwal?

Olo: Festiwal GAPA to pierwszy wygrany przez nas konkurs, wcześniej braliśmy udział np. w Pepsi Rock Battlefield w Hard Rock Cafe. Nigdy nie mieliśmy szczęścia do konkursów, wspomniany Pepsi Rock przegraliśmy 20 smsami! (śmiech)

To zacznijmy od podstaw: czym jest Hands Resist, jaką muzę gracie?

Olo: Określenie „melodyjny hardcore/punk” jest najbliższe temu, co gramy, aczkolwiek nie chcemy zostać zaszufladkowani. Jest u nas dużo melodii, większość muzyki utrzymana w konwencji punk rockowej, jest trochę hardcore’u w niektórych momentach. Staramy się, aby nasza muzyka nie była tak prosta, jak „klasyczny” punk rock, ale nie chcemy też przesadzić w drugą stronę.

W Internecie można znaleźć Wasze utwory śpiewane zarówno po polsku, jak i po angielsku. Wiadomo, że każda opcja ma swoje plusy i minusy, zdecydowaliście się już na jedną?

Karol: Na naszej pierwszej płycie teksty będą po polsku. Zespołom w naszym kraju śpiewanie po angielsku nie zawsze wychodzi na dobre, różnie to bywa. Mi osobiście nasze teksty się podobają.
Olo: Był pomysł, żeby drugą płytę (która już powoli powstaje na próbach) nagrać również po angielsku, żeby było łatwiej o granie gdzieś poza granicami kraju… Zobaczymy.

Co Was odróżnia od tysięcy innych młodych zespołów na polskiej scenie muzycznej?

Olo: Żaden zespół nie ma takiego basisty jak Jajco! (śmiech)

Najzabawniejsza, najdziwniejsza historia jaka zdarzyła się Wam przy okazji grania koncertu?

Olo: Ostatnio nasz basista zszedł ze sceny i graliśmy bez niego…
Karol: …powiedział, że zawsze chciał posłuchać swojego zespołu na żywo.

Żyjecie muzyką czy z muzyki?

Olo: Z muzyki to żaden z nas nie żyje…
Karol: …to znaczy ja po części, bo udzielam lekcji gry na gitarze.
Olo: Utrzymywać się z muzyki jest ciężko, ale jakby się już udało, to według mnie trzeba uważać, żeby nie zrobić z tego podejścia stricte jak do pracy, bo traci się zajawkę i radość jaką ma się z grania.
Karol: W Polsce ciężko jest zarabiać na muzyce, a co dopiero z niej „żyć”. Trzeba zawsze pamiętać, żeby mieć jakieś dodatkowe źródło dochodu. Niektórzy z nas się uczą, niektórzy pracują i muzyka jest póki co naszym hobby. Nikt na wielką kasę parcia nie ma, ale fajnie by było grać i mieć z tego jakieś pieniądze.

Perspektywy na przyszłość? Czego oczekujecie po projekcie Hands Resist w perspektywie kolejnych lat? Czy nie wybiegacie tak daleko w przyszłość i skupiacie się na najbliższych miesiącach?

Olo: Robimy wszystko, żeby grać jak najlepiej i mamy nadzieję, że kiedyś będziemy bardziej rozpoznawalni. Pytanie tylko, czy ze sobą tyle wytrzymamy (śmiech).
Karol: Wszystko się okaże po wydaniu płyty. Ja nie mam jakichś bardzo wielkich oczekiwań, ale gdy wydamy płytę, to zobaczymy jak spodoba się ludziom, jak będzie z propozycjami koncertów itd.

Jak wygląda proces tworzenia? To bardziej obieranie jednej zgodnej drogi czy ciągłe ścieranie się?

Karol: Nasz zespół to pięć totalnie różnych osób, każdy ma swoje pomysły i podejście, pomimo, że słuchamy bardzo podobnej muzyki, są drobne szczegóły na temat których potrafimy długo dyskutować, a czasem nawet się posprzeczać. Ale z reguły jest tak, że wszyscy mają w miarę podobne zdanie. Staramy się przy pracy nad drugą płytą dobierać kawałki, które stworzą jak najspójniejszy materiał.
Olo: Każdy z nas ma swoje zdanie, swoje podejście i szanujemy siebie nawzajem. Często musimy wybierać po prostu przez głosowanie.
Karol: Mamy już ze dwie dłuższe trasy przejechane, znamy się dosyć dobrze, w różnych stanach świadomości… Także myślę, że jesteśmy dobrze zgrani. Ale tarcia muszą wszędzie występować. Jakbyśmy się nie ścierali, to ta muzyka byłaby pewnie nudna.

Czego mogą się spodziewać po Waszej nowej płycie wieloletni fani oraz osoby, które z Hands Resist zetkną się po raz pierwszy?

Karol: Mamy dużo różnorodnych inspiracji, ale nasze kawałki wyróżnia przede wszystkim to, że są łatwe do zanucenia.
Olo: Ci, którzy nas znają, to nas znają, więc wiedzą, czego się spodziewać, a nowi słuchacze puszczą płytkę i też im się spodoba (śmiech). Ostatnio puszczałem paru znajomym, którzy powiedzieli, że jest to fajne mocne granie, ale na płycie są też utwory, które mogą wpaść w ucho ludziom nie słuchający na co dzień punk rockowej muzyki. Tak jak np. kawałek, do którego będziemy robili teledysk. („Wszystko to, co mam”)
Karol: Na pewno każdy na tej płycie znajdzie coś dla siebie.

Jak trudno jest znaleźć młodemu zespołowi w Polsce wydawcę? Jakiego wsparcia konkretnie oczekujecie?

Olo: Nie jest łatwo i byliśmy na to przygotowani.
Karol: W Polsce jest bardzo dużo zespołów, które nie są znane, a grają muzykę na naprawdę wysokim poziomie. Nie rozumiem tego, że nie mogą się gdzieś wybić dalej. W naszym kraju promuje się zespoły o naprawdę wątpliwej wartości artystycznej. Jest dużo świetnych polskich zespołów, które poznałem choćby już podczas gry w Hands Resist, poprzez wspólne koncerty i środowisko. Generalnie ciężko jest znaleźć wydawcę, na razie wysłaliśmy do kilku wytwórni promocyjne egzemplarze płyty i czekamy na jakieś odpowiedzi.
Variath: Jest garstka zespołów, które grają podobną do nas muzykę, ale nie ma wytwórni, która wydawałaby stricte takie brzmienia. Z reguły większe wytwórnie nie biorą pod skrzydła punk rockowych zespołów, bo uważają, że to się nie sprzeda, a jak się nie sprzeda, to po co w to ładować pieniądze? Niestety króluje tu podejście czysto „biznesowe”. Muzyką punk rockową są zainteresowane raczej mniejsze wytwórnie. Jest np. Antena Krzyku, która wydaje CF98, jest też Mystic Records, który wydaje sporo undergroundowych brzmień, może nie stricte punrockowych, ale „w okolicach”.
Olo: Jeżeli chodzi o wydanie płyty, to interesuje nas głównie wsparcie promocyjne wydawcy.
Karol: No bo co z tego, że płyta byłaby nawet w sklepach, skoro nikt by o niej nie wiedział? Zresztą promocja to klucz do wszystkiego, co zauważyliśmy na niektórych koncertach. Jeśli wydarzenie jest dobrze wypromowane, to zazwyczaj przychodzi mnóstwo osób, co widać było np. na koncercie w warszawskiej Hydrozagadce.
Variath: Ciekawostka: był ostatnio koncert hardcore’owy mojego znajomego. Koncert odbył się w niedzielę o godzinie 15 i przyszło 200 osób! Więc może to też jest jakiś pomysł, żeby robić koncerty o tak wczesnej godzinie. Oczywiście promocja jest najważniejsza :)

Wasze największe inspiracje?

Chórem: Rise Against!
Karol: Jajco cały czas powtarza, że chciałby na jednej scenie z Pennywise się znaleźć, nawet by dopłacił.

A co z łatką polskiego The Offspring, która gdzieś tam za Wami chodzi?

Variath: Dla mnie to jest w ogóle najlepsza łatka, jaka może być. Bardzo lubimy wszyscy ten zespół i to jest jedna z naszych głównych inspiracji. Wiadomo, że trzeba kreować swój styl, ale jakby mieli nas do kogoś porównywać, to zestawianie z The Offspring bardzo nas cieszy.

W dzisiejszych czasach kontakt z fanami jest bardzo ważny. Jak to wygląda u Was?

Olo: Cieszy nas to, że pomimo tego, że jeszcze nie wydaliśmy płyty – mnóstwo osób śpiewa piosenki na koncertach!  Myślę, że wystarczy przyjść na nasz koncert, raz czy drugi – i to się od razu „łapie”. Mamy do tego charyzmatycznego wokalistę, który zawsze ma dobry kontakt z fanami. Ostatnio przecież nawet basista zszedł ze sceny do ludzi, żeby się integrować z publiką (śmiech).

Jak się dzisiaj promuje bądź co bądź młody zespół, który dopiero walczy o fanów, obecność w mediach i popularność? Bez Facebooka chyba ani rusz…

Olo: Facebook to jest dzisiaj jedna z obowiązkowych spraw. Niemożliwe, żeby jakaś firma czy zespół istniały bez strony na tym portalu społecznościowym. Yogi (nasz wokalista) zajmuje się ogarnianiem naszego facebooka, często pisze posty, utrzymuje kontakt z fanami, wysyła różne ciekawostki.
Karol: Generalnie staramy się w każdy sposób zainteresować ludzi w internecie – z nowej płyty udostępniliśmy na YouTube jeden utwór - „Zza Zamkniętych Drzwi”, który poniekąd promuje ten krążek. A do tego dojdzie oczywiście za jakiś czas wspomniany klip promocyjny, do którego jest kręcony teledysk (utwór „Wszystko to, co mam”).

Czy oprócz sprzedaży fizycznych egzemplarzy macie zamiar udostępnić nową płytę w internecie za darmo?

Variath: Chcielibyśmy udostępnić za darmo cały album. Kto ma go kupić w wersji „fizycznej”, ten i tak kupi. Wiadomo, że nie zależy nam na kasie, tylko na tym, żeby jak najwięcej ludzi słuchało naszej muzyki. Gdy płyta będzie do ściągnięcia i na przykład - pobierze ją 100 osób, a kupi 50, to i tak będzie dobrze – w końcu te 100 dodatkowych osób pozna naszą muzykę. Może być tylko tak, że jakaś wytwórnia zabroni nam udostępniać płyty za darmo, wtedy trzeba będzie się jakoś dogadać.

Czego Wam życzyć tak na koniec?

Variath: Czego życzyć? Przede wszystkim fajnego wydawcy, który pomoże nam w promocji naszego debiutanckiego albumu. Mamy nadzieję, że już niedługo będziemy mogli podzielić się z naszymi fanami naszą muzyką prezentując im naszą płytę! Nie możemy się doczekać. Zapraszamy serdecznie wszystkich na nasze koncerty, oraz na stronę na facebooku, gdzie zawsze umieszczamy info nt tego, gdzie gramy, nowości itd. - http://www.facebook.com/Hresist . Pozdrawiamy wszystkich serdecznie!


Wywiad zarejestrowany dla Miesięcznika Kulturalnego I.PEWU.

Profesjonalnie dostarczona energia [relacja]

Występy na żywo mają w sobie niesamowitą moc, bo potrafią przekonać do konkretnego zespołu, płyty czy piosenki. I tak też było trochę w moim przypadku, kiedy wybierałem się na koncert Power of Trinity, nie będąc w 100% dobrze nastawionym do ostatniej płyty. Od koncertu minął tydzień, a krążek „Loccomotiv” praktycznie nie opuszcza mojego odtwarzacza.


Łódzka kapela jest swoistym ewenementem na skalę kraju, gdyż nikt tak nie łączy reggae’owych klimatów z rockowymi riffami. Dlatego nawet taka osoba jak ja, której raczej nie po drodze z muzyką reggae, znajduje już od kilku lat w ich twórczości coś dla siebie. Co prawda pierwsza płyta Power of Trinity – „11” nie odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego, ale chłopaki z nawiązką odbili to sobie drugim krążkiem, Loccomotiv. Z początku ten materiał do mnie nie przemówił, ale dzięki poniedziałkowemu koncertowi udało się odkryć Power of Trinity na nowo i docenić progres, jaki wykonali od „11”. Kiedy pojawiłem się w Hard Rock Cafe, na scenie publiczność rozgrzewał jeszcze support w postaci StraightMinds. I trzeba przyznać, że stylistycznie pasowali do gwiazdy wieczoru: mogła zapaść w pamięć rockandrollowa forma i sceniczne zachowanie wokalisty. Potem, punktualnie, na scenie pojawili się panowie z Power of Trinity. W Warszawie z tym rozpoczynaniem koncertów o czasie jest tak sobie, więc zdecydowanie trzeba wyróżnić to na plus.

A sam koncert… Profesjonalnie dostarczona energia. Łódzki zespół przez grubo ponad godzinę zaprezentował fanom obecnym w Hard Rock Cafe mieszankę swoich obu płyt. Było różnorodnie, było energetycznie, było melodyjnie. Z perspektywy koncertowej utwory z pierwszego albumu wypadały nawet lepiej niż nagrania studyjne, z drugiego – porównywalnie. Tym niemniej Power of Trinity na żywo wytwarzają klimat naturalnie bliższy imprezowemu niż takiemu, gdzie tylko się stoi i sączy piwo. Dlatego zgromadzona licznie publiczność – o dziwo, w końcu to jednak poniedziałek – mniej lub bardziej żwawo poruszała się w rytm kolejnych utworów. Oczywiście wiele osób wyczekiwało na singlowe „Chodź Ze Mną”, które pozamiatało konkurencję na wielu listach rockowych, w tym i w tych najpopularniejszych stacjach radiowych. Na szczęście kapela swój największy hit zagrała prawie pod sam koniec. Jeśli czegoś miałbym się czepiać, to może nieudolnej interakcji wokalisty z ludźmi pomiędzy utworami. Można też było mieć kłopoty ze zrozumieniem tekstu, kiedy Jakub Kuźba śpiewał po angielsku… Ale pomimo tych małych minusów spisywał się znakomicie – jego wibrujący, charyzmatyczny wokal, to moim zdaniem esencja koncertów Power of Trinity.

Tzw. „syndrom pokoncertowy” ujawnił się u mnie bardzo szybko, gdyż tuż po wyjściu z klubu co kilka minut nuciłem sobie pod nosem melodię z utworu „Chodź Ze Mną”. I widzę już oczami wyobraźni, co może się dziać podczas tegorocznych juwenaliów w Warszawie, kiedy w podobny trans wpadnie dużo szersza widownia. Nieważne, że wielu ludzi zetknie się wtedy z Power of Trinity być może po raz pierwszy – Łodzianie udowodnili w poniedziałek, że są prawdziwą koncertową (lux)torpedą.


Tę i inne relacje możecie znaleźć także na stronie Radia Aktywnego.

środa, 28 marca 2012

Audycje #6-#9: Nadrabianie zaległości

Nadrabiamy zaległości z ostatnich tygodni: 4 ostatnie audycje, opisy, użyte utwory, a niedługo także (mam nadzieję) linki do zapisów audio! Spora mieszanka klimatów swoją drogą.
#6 Nu-metal / Rapcore
Dużo utworów anglojęzycznych z pogranicza rocka i rapu, audycja zakończona już w typowych hip-hopowych klimatach. 

1. Reveille - Comin' Back
2. Reveille - Inside Out
3. Papa Roach - Between Angels and Insects
4. Linkin Park - Papercut
5. Linkin Park & Jay-Z - Points of Authority / 99 Problems / One Step Closer
6. X-Ecutioners - It's Goin' Down (feat. Linkin Park)
7. Dead Celebrity Status - We Fall, We Fall (feat. Dave Navarro & Stephen Perkins)
8. Kanye West & Jay-Z - Who Gon' Stop Me
9. Kanye West & Jay-Z - Niggas in Paris
10. J. Cole - Disgusting
11. J. Cole - Work Out


#7 Rock getting Heavier
Z okazji ogłoszenia Machine Head na Sonisphere wraz z Metallicą powstała audycja zmierzająca ku klimatom cięższym. Była zatem okazja, żeby przypomnieć o Mastodonie i Slayerze, które również zagrają tego lata w Polsce (na Ursynaliach, najgrubszym festiwalu studenckim, który przestaje być tylko "studenckim", a kieruje się w coraz bardziej profesjonalną stronę)

1. Bullet for my Valentine - Intro 
2. Nine Inch Nails - Complication 
3. Nine Inch Nails - Mr Self Destruct   
4. Metallica - All Nightmare Long
5. Mastodon - The Wolf Is Loose 
6. Mastodon - Colony of Birchmen 
7. Slayer - World Painted Blood 
8. Machine Head - Davidian 
9. Machine Head - Beautiful Mourining 
10. Machine Head - Locust 



#8 Rock vs Rap PL
Drugi raz pozwoliłem sobie na ucieczkę do polskiego rapu, którego na moich winampowych playlistach jest w ostatnim czasie sporo. Ale zaczęło się oczywiście od czegoś bliższego rockowym klimatom: osadzonego w nu-metalowych klimatach najbardziej niedocenionego, nieistniejącego już polskiego zespołu, czyli Cropli. Sprawdziliśmy też Mamę Selitę (tak to się odmienia?:), czyli polskie połączenie Red Hotów i Limp Bizkit, gdzie rządzi funk i rap, choć wciąż za mało w tym energii i melodii. Płynnie udało się przejść do relacji z Domówki, gdzie najbardziej zachwycił Kękę, a potem oddałem się rozkminom, dlaczego RAP da się lubić. A że audycja zbiegła się z dniem oficjalnej premiery krążka Etenszyn: Drimz Kamyn Tru, to i udało się zmieścić dwa numery z tej płyty, która w moim prywatnym rankingu zajmowała już wtedy, jak i teraz, pierwsze miejsce wśród polskich albumów rapowych 2012.

1. Cropla - Orphanage 
2. Cropla - Falling Down 
3. Mama Selita - Brudne Bomby 
4. Mama Selita - Rocky 
5. Wyga - Serce, Rozum i Głos
6. Łona - Fruźki Wolą Optymistów 
7. Kękę - Po Horyzont 
8. Pezet/Małolat - Jestem Sam 
9. Ten Typ Mes - Szukam 
10. VNM - Fan 
11. VNM - Na Weekend 


#9 Nu-metal PART(Y) 2
Z małymi problemami, ale odbyła się wreszcie druga część audycji poświęconej kapelom łączącym z powodzeniem rockowe i rapowe klimaty. A okazji było co niemiara, bo ogłoszone na OWF Linkin Park, ogłoszone na Ursynalia Limp Bizkit... Odpowiadaliśmy sobie także na pytania, co ma wspólnego Limp Bizkit z Christiną Aguilerą i Britney Spears oraz jak w ich przypadku kilka lat wpłynęło na sprzedaż płyt na świecie. Udało się przedstawić dziwną stronę crossoveru, czyli Hollywood Undead, którego słabsza druga płyta leciała w polskich stacjach radiowych (a właściwie - w jednej), a pierwsza - lepsza - już nie. No i nie zabrakło także odkrycia ostatnich dni autora audycji, czyli australijskiego zespołu brzmiącego jak P.O.D. i/lub Linkin Park oraz ma w swoim składzie członków o polsko brzmiących nazwiskach. Zabrakło czasu, żeby niektóre wątki rozwinąć, więc szerzej opisywane były one później jeszcze na fejsbogu. Audycja zakończona utworem-coverem granym przez Limp Bizkit na koncertach praktycznie zawsze.

1. Hollywood Undead – Young (Swan Songs, 2008)
2. Hollywood Undead - Everywhere I Go (Swan Songs, 2008)
3. Linkin Park - High Voltage (live) (Underground v2.0, 2002)
4. Linkin Park - Plc. 4 Mie Haed (Reanimation, 2002)
5. Linkin Park - Catalyst (A Thousand Suns, 2010)
6. A Broken Silence - Hope (A Broken Silence, 2011)
7. A Broken Silence - If You Did Know (All For What, 2009)
8. Pleymo - Tank Club (Doctor Tank’s Medicine Cake, 2002) 
9. Limp Bizkit - Livin' It Up (Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water, 2000)
10. Limp Bizkit – Shotgun (Gold Cobra, 2011)
11. Limp Bizkit – Faith (Three Dolar Bill, Y’All, 1997)



Drimz Kamyn Tru w Warszawie? [relacja]

Na ostatnim koncercie z udziałem VNM-a byłem bardzo dawno temu w maju 2010 roku, we Freshu, kiedy na imprezie charytatywnej prezentował się obok wielu czołowych raperów z polskiej sceny hip-hopowej. Tomek wypadł wtedy słabo – nie można było zupełnie zrozumieć rapowanych słów, w dodatku był mocno wstawiony. Na długi czas wtedy skreśliłem go ze swoich planów koncertowych. Minęło trochę czasu, w międzyczasie pojawiły się dwa legalne wydawnictwa, więc postanowiłem dać VNM-owi drugą szansę.


Mała dygresja: czy w Urban Garden, niezależnie od organizatora, koncerty zaczynają się o 22.00, pomimo że podają start o 21.30? Sądziłem, że to jednorazowe zjawisko przy okazji koncertu Medium, ale powtórzyło się. Wygląda na to, że albo będzie się przychodzić wcześniej i czekać albo przychodzić te pół godziny później i lekko ryzykować (a nuż koncert zacznie się zgodnie z podaną godziną?). Mogliby pisać „początek 22.00” i byłoby po sprawie. Koniec dygresji.

De Nekst Best okazało się w moim prywatnym rankingu jedną z najlepszych płyt 2011 roku, a Etenszyn: Drimz Kamyn Tru zdominowało pierwszy kwartał 2012. Wystarczyło powodów, żeby się przełamać i zobaczyć, jak Tomek daje sobie radę na koncertach. I okazało się, że poprawił znacznie wymowę, nie wypił chyba też za dużo przed występem. Pod tym kątem – wielka poprawa. Nie wiem tylko, dlaczego bał się podśpiewywać i na koncercie korzystał ze wspomagania w postaci podkładu w tych newralgicznych momentach. Lekko się rozczarowałem, bo byłem ciekaw, jak te śpiewane wstawki, zjawisko dość rzadkie w polskim rapie, wychodzą VNM-owi na żywo. Nie udało się. Wyglądało to słabo, ale cóż, dało się z czasem przyzwyczaić.

To, co w Urban Garden było zdecydowanie na plus, to goście, których zaprosił VNM. Pojawili się oczywiście Marysia Starosta, Łozo i Tomson, którzy udzielali się wokalnie na E:DKT, ale nie zabrakło też. Włodiego, który wykonał z VNM-em Róże Betonu. Sam dobór kawałków także niezły – było różnorodnie, bo na tle tych z ostatniej płyty pojawiły się też starsze numery, zwrotka z I Żeby Było Normalnie z PROSTO Mixtape czy już kultowy Placek z haszem. „Fał” dawał od siebie podczas występu dużo energii, utrzymywał świetny kontakt z publiką czy nawet zrobił pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą sprawą były też czerwone balony z helem wręczane dziewczynom, które potem trzymały je w tłumie, co było fajnym nawiązaniem do okładki E:DKT i nieźle sprawdziło się w praktyce. Ale no właśnie… tłum. Nie było ścisku, choć nie można powiedzieć też, że w Urban Garden było pusto – frekwencja na umiarkowanym poziomie. A sama publika… no nie wiem, atmosfera była trochę „biesiadna”. Wyglądało to tak, jakby niektórzy z obecnych tam ludzi niezbyt często chodzili na koncerty. A przynajmniej nie na koncerty rapowe. Nie czuło się vibe’u pod sceną. Wieczór spędzony nieźle, ale jakiś niedosyt z tego powodu pozostał.