środa, 30 października 2013

Miłość Jamala w Stodole


Kiedy usłyszałem DEFTO, oczywiście najpierw zachwyciłem się teledyskiem, ale potem szukałem (z marnym skutkiem) więcej kawałków w podobnym stylu. Teraz dostałem całą płytę tak przyjemnie wibrujących numerów i szybko miałem okazję, aby sprawdzić, czy tak samo mocno chwytają na żywo (z wielką nadzieją, że będę mógł zakrzyknąć: TAK!). Jak zatem wyglądała Miłość Jamala w Stodole?

Wyjątkowo tym razem to ja wcielałem się w fanboya, który wybiera się na gig pod wpływem nowo wydanego krążka. A zatem ze znajomością zaledwie nowej płyty i beznadziejnym rozeznaniem w pozostałej twórczości Jamala jechałem na ten koncert. I, daję słowo, następnym razem będąc na koncercie artysty, którego ja znam doskonale, dwa razy pomyślę, zanim spojrzę krzywym okiem na względnie świeżych fanów. Jak widać, nawet po setkach schodzonych koncertów człowiek się może czegoś jeszcze nauczyć.

Jedną z funkcji tras koncertowych po wydaniu nowej płyty jest otrzaskanie fanów z nowymi utworami – w końcu już nieraz miałem tak, że do dopiero co wydanego albumu przekonywałem się po koncercie promującym. Tym razem robota była zrobiona wcześniej, bo te piosenki już z automatu wygrywały ostatnie dni, Jamalowej ekipie pozostało tylko nie spieprzyć tego.


No właśnie, jak dla mnie to Jamal mógł odegrać w zasadzie całą Miłość - ni mniej, ni więcej. W końcu to jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) płyt polskich tego roku. Chłopaki zagrali oczywiście także starsze utwory i tu dopiero było ciekawie... Bo o ile wiedziałem, że te nowe kawałki totalnie rozwalą (i tak rzeczywiście było), to reszta była dla mnie zupełną niespodzianką. I tak jak kilka lat temu mogłem podziękowac Power of Trinity za lekkie oswojenie mnie z reggae, tak dzięki tym koncertem również Jamal dołożył swoją cegiełkę do poszerzania moich muzycznych horyzontów, również o klimaty bliższe dancehallowi.


Urzekł też sam klimat na tym koncercie. Ludzie, którzy przyszli dobrze się pobawić i poskakać, Miodu, który nazywał zgromadzonych przyjaciółmi... Atmosfera wzajemnego szacunku i przekazywanej na zmianę energii między fanami a zespołem. Widać, że i jedni, i drudzy czuli się wspaniale tego dnia, spragnieni swojego towarzystwa i cieszący się każdym fragmentem koncertu.

Nie obraźcie się, że nie opisuję występów ParExcellence czy Grubsona, ale tego dnia interesował mnie tylko Jamal. Ten koncert gdzieś tam wciąż rozbrzmiewa mi w głowie, ilekroć załączam Miłość. Dzięki sobotniemu wydarzeniu to zauroczenie będzie trwać jeszcze bardzo długo. Koncert spełnił swoją rolę perfekcyjnie.



Fotki dostarczyła: Katarzyna Seltenreich

wtorek, 29 października 2013

Uszy zgniecione, oczy zgniecione, ale nienasycenie pozostało - krajobraz po gigu The Dillinger Escape Plan


Słysząc po raz pierwszy wybrane kawałki z Ire Works, z miejsca dałem się Dilllingerowi zdobyć. Była w tym jakaś nieposkromiona energia i pełno miejsca na szalone muzyczne rozwiązania. Od tamtego czasu rozpocząłem kolejny etap swojej muzycznej edukacji, kiedy odkrywałem ich starsze dokonania i przekonywałem się do nich, marząc o zobaczeniu kapeli na żywo. Po kilku latach marzenia zbiegły się z rzeczywistością, kiedy stałem naprzeciwko sceny, na której hałasowali Greg Puciato z ekipą...

czwartek, 24 października 2013

Trzech raperów, jedna scena, milion emocji - relacja z koncertu Zeusa oraz Miuosha i Onara




Miuosh, Onar, Zeus. Ten ostatni wrócił na rapowy olimp już w zeszłym roku dzięki świetnej płycie Zeus Nie Żyje, dwaj pierwsi dopiero niedawno połączyli siły i stworzyli album, który przy pierwszych przesłuchaniach zapowiada się bardzo obiecująco. Wszyscy trzej razem na jednym koncercie i to za trzy dyszki? Współczynnik jakości do ceny był w tym przypadku aż nadzwyczaj korzystny!

Jeszcze zanim zaczęły się koncerty headlinerów, dotarło do mojej głowy głupie wrażenie, że mocno zawyżam średnią wieku na tym gigu. Czy to ci raperzy docierają do tak młodych osób czy w pewnym wieku się wyrasta z rapu...? Przy relacji z ostatniego koncertu Pezeta zastanawiałem się, gdzie podziała się prawdziwie rapowa, niepodrabialna publika. No właśnie była tu. Ta jedyna subkultura, która w klubie na koncercie potrafi się bawić nie tylko w czapkach i przydużych bluzach, ale i kolorowych kurtkach zimowych. Taka stylówwa (której, jakby nie było, jestem częścią).

Kiedy Zeus z Joteste wbijali tego dnia na scenę przy aplauzie tłumu w głowie miałem szybki przebłysk wspomnień z koncertu z Radia Luxemburg ponad 2 lata temu, gdzie było może 40-50 osób pod sceną... Jak szybko można jedną płytą wdrapać się na raperski olimp – Zeus dzięki swojemu ostatniemu krążkowi wyszedł z frekwencyjnego piekła i teraz każdy jego koncert to pełny klub.


Sam piątkowy występ Zeusa był przekrojowy, z nastawieniem oczywiście na ostatnią płytę, do której bardzo przyjemnie się wraca i która tak naprawdę nigdy nie zdążyła mi się znudzić. Temu koncertowi niczego nie można zarzucić – było tak wspaniale, jak miało być. Kiedy trzeba było, była energia, kiedy trzeba było, była nostalgia. Kawałki zarapowane z właściwym dla Zeusa i Joteste zaangażowaniem i ucieleśnieniem od lat promowanej filozofii - Pierwszym Milionem. Jedyne, co odrobinę martwiło, to brak legendarnego (?) „W dół” z debiutanckiego albumu czy „Gwiazd”, które zamykały płytę i zarazem także poprzedni gig Zeusa w Warszawie.

Kamil zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko swoim występem, więc duet Miuosh & Onar nie miał aż takiego prostego zadania, występując później. Warszawiak już na początku koncertu poprosił publikę, żeby nie było wstydu przed gościem z Katowic. I nie było. Ba, momentami wydawało się, że Miuosh porywał ludzi mocniej niż gospodarz, Onar. Można to było o tyle łatwo porównać, że ten koncert był w zasadzie miksem trzech koncertów: dwóch solowych oraz tego promującego nowy album tych dwóch raperów: Nowe Światło. Mimo że był to dopiero dzień premiery płyty, to ludzie zaskakująco dobrze znali i przyjmowali nowe kawałki. Duża w tym zasługa fajnie pomyślanej promocji albumu i udostępniania na youtubie i profilach raperów codziennie po jednym numerze z płyty. Inna historia to to, że już przy pierwszych przesłuchaniach kawałki jak „W odpowiednim miejscu” czy  „Sam” mocno wchodzą do głowy.


W zasadzie wszystko w tym występie było świetne: Onar grał głównie kawałki z ostatnich dwóch solówek („Ja bym oszalał” i „To jest już moje” cudownie uderzały w emocjonalny struny) i zwrotki z Płomienia 81, a Miuosh grał tak, jakby był u siebie. Już dawno chciałem złapać założyciela Fandango Records live i jego występ wyglądał dokładnie tak energetycznie, jak się spodziewałem. Dodatkowym atutem był także gościnny wjazd na scenę Włodiego, który wykonał z chłopakami „Miało mnie tu nie być”. Onar podsumował dzień później ten koncert na facebooku jako świetną energię i prawie 2 godziny rapu (31 kawałków!). Niestety z końcówki musiałem się urwać i to jest jedyny minus tego całego przedsięwzięcia. Koncert kończył się o 2 w nocy przy połowie publiki... Ja rozumiem – dużo supportów, klimat imprezy i obsuwy to standard hip hopowych eventów. Ale Zeus mógł zacząć godzinę wcześniej i Onar z Miuoshem kończyliby wtedy koło 1 w nocy przy nadal pełnym klubie. Czemu tak się nie stało - tego nie czaję.

Natomiast nawet to nie psuje ogólnego wrażenia z całego wydarzenia, które pomimo mojego ogromnego zmęczenia będę wspominał pozytywnie jeszcze długo jako jedno z najciekawszych w ostatnim czasie. Pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że Zeus szybciutko do Warszawy wróci, bo mało który raper gra w tym momencie tak elektryzujące koncerty.

Zdjęcia: GIG 

poniedziałek, 21 października 2013

Muzyczne niebo z Irą (relacja z koncertu)




Ira – zespół, który ma na karku więcej lat niż ja. Wielokrotnie widywałem ich na różnorodnych imprezach plenerowych, rzadziej gościłem na klubowych występach, ale generalnie wiedziałem, czego się spodziewać. I niby właśnie dostarczyli tego, czego się spodziewałem, ale w sposób wyróżniający najbardziej magiczne wieczory.

piątek, 18 października 2013

Muzyka Koncertowa - relacja z Pezeta w Stodole




Na Pezecie byłem kilkanaście (dziesiąt?) razy, ale za każdym razem z równie wielkim entuzjazmem wybieram się na jego koncerty. Tym razem nie było inaczej, zwłaszcza, że ostatnio mocniej zaskoczyły w głowie kawałki z Radia Pezet i z dużą nadzieją na usłyszenie ich zmierzałem do Stodoły.

wtorek, 28 maja 2013

Przynieś Mi Ten Horyzont [relacja]


Ile trzyma #syndrompokoncertowy po dobrym gigu? Dzień, dwa, tydzień? Od koncertu Bring Me The Horizon w warszawskiej Stodole minęło już właściwie pięć dni, a ja znów zasłuchuję się w ich ostatnim krążku. Pewnie więcej w tym jakości płyty Sempiternal niż zachwytu nad koncertem, natomiast niezaprzeczalnym faktem jest, że występ Brytyjczyków wciąż szumi mi w głowie lepiej niż niejeden napojów wysokoprocentowy. 

piątek, 1 lutego 2013

Im bardziej cię nienawidzą, tym większy odniosłeś sukces

Ja rozumiem, że internet pełen jest idiotów, którym w życiu się tak nie udaje, że wyładowują swoje frustracje w internecie, hejtując wszystko dookoła. Rozumiem też, że są mędrcy próbujący udowodnić, że ich racja jest jedyną słuszną, że Rihanna czy inny Bieber to szajs i obciach i tylko rock / metal / hip-hop to muzyka wartościowa, a reszta to gówno albo coś niewarte słuchania. Ale czy oni muszą tę swoją głupotę eksponować tak wszyscy naraz?

środa, 30 stycznia 2013

Boomera ulubiona muzyka w roku 2012 - PART TWO


Kiedy siadam do podsumowania polskiej muzyki, to zawsze mam problem. Niby coś się tworzy, niby te kawałki gdzieś śmigają w radiu, niby powstają młode, perspektywiczne kapele... Ale jak przychodzi co do czego, to wychodzi mi na to, że ta polska muzyka (ta nierapowa) przez cały rok sukcesywnie przegrywała u mnie z zagraniczną. Dlatego tym bardziej z dumą prezentuję sześciu wspaniałych. Kolejność przypadkowa i niealfabetyczna.

niedziela, 20 stycznia 2013

Audycja #33: Co pozostawił nam grunge?


O kapelach grunge'owych lub post-grunge'owych można robić kilkugodzinne audycje, zatem oczywistym jest, że w 60 minut nawet delikatnie nie liznąłem tematu. Więc zrobiłem w tym czasie coś innego - pokazałem ewolucję brzmień zainspirowanych początkiem lat 90-tych - lat flanelowych koszul i brudnych gitarowych riffów. 

czwartek, 3 stycznia 2013

Boomera ulubiona muzyka w roku 2012 - PART ONE


W części pierwszej mojego podsumowania będzie polski rap, który stanowił spokojnie połowę całej muzyki słuchanej przeze mnie w tym roku. Oczywiście, takich hip-hopowych podsumowań będą dziesiątki na dziesiątkach portali. Nie odkryję tu dla Was Ameryki i 10 zupełnie nowych płyt, o których nigdy nie słyszeliście (to robota dla Niego albo Niego). Nie powiem też na przekór wszystkim, że najlepszą płytę nagrał Chada. Przedstawię natomiast moim nieskromnym zdaniem, dlaczego dany krążek zasługuje na konkretne miejsce w moim rankingu. 

środa, 19 grudnia 2012

Audycje #28-32: Hip-hopowy rak toczy Koniec Rocka


...ale jest to przyjemna "choroba". I kompletnie nie przeszkadza mi, że taka a nie inna muzyczna zawartość audycji dyskwalifikuje ją w oczach wielu potencjalnych słuchaczy czy - w przyszłości - wielkich bossów komercyjnych rozgłośni radiowych.

wtorek, 27 listopada 2012

Wish somebody would tell me I’m fine... [relacja z Papa Roach]

fot. Kara Rokita/ www.kararokita.pl
Tego wieczoru nie byłem pewien niczego. Jak się nazywam, w jakim jestem stanie ani czy dotrę do domu w jednym kawałku. Do TAKICH szaleństw pod sceną porwać mnie potrafi już tylko kilka amerykańskich kapel. Wyczekuje się ich miesiącami, a potem przeklina potworne dzwonienie w uszach i nie najmądrzejsze zarządzanie siłami pod sceną. Jestem pewien, że jeszcze dwa takie koncerty Papa Roach i się przekręcę. 

piątek, 23 listopada 2012

Soundclash zrobił mi mindblow [relacja]

fot. Łukasz Nazdraczew
Nie wiem, czy to zasługa nadmiaru wypitych red bulli czy emocji, których dostarczyła impreza spod znaku Soundclash, ale moje ciało ani myśli iść spać. Wspomnień i świetnych akcentów było tego wieczoru na tyle dużo, że wydarzenie z miejsca awansowało na podium moich koncertów w tym roku (a trochę ich było). Lista powodów, przez które powinieneś żałować, że nie było Cię w czwartek w Soho Factory, jest imponująca i może przytłoczyć. Czytasz na własną odpowiedzialność.

środa, 21 listopada 2012

Audycja #27: Polski rapcore nie istnieje

Nie ma takiego gatunku muzycznego w Polsce. Może nie jest to wielkim odkryciem, choć przez wiele audycji starałem się wskazywać czy też wynajdywać poszczególne utwory powstałe w Polsce, które o mieszankę rocka z rapem zahaczają. No i mam za swoje, dotarłem do końca rapcore'u.

środa, 14 listopada 2012

Audycja #26 z 05.11.12: Koniec Rocka przemyca Ludwika [KONKURS]

Bo czasem jest tak, że hip-hopowa zajawka potrafi totalnie zdominować moje wszystkie muzyczne listy odtwarzania. Dostanie się także wam w dwóch pierwszych audycjach listopada. Dużo rapu się w nich pojawi, ale kto kiedyś słuchał Końca Rocka, ten wie, że każdy kawałek jest tutaj po coś, każdy numer ma poszerzać horyzonty muzyczne. I że na początku zawsze kawał dobrego rockowego grania was nie ominie.


Jakby nie patrzeć na playlistę, to praktycznie wszystkie kawałki są z tego roku, a większość to absolutne świeżynki. Udało się rozprawić z niezłym, producenckim krążkiem Donatana, przypomnieć nadal najlepszy w tym roku album hip-hopowy, czyli Bisza oraz zapowiedzieć nową, tajemniczą płytę Zeusa
Słowem-kluczem dla ostatnich kilku zagranych kawałków była na pewno szczerość. Temat wałkowany po stokroć, bo w końcu tyle się mówi o tym, że rap to powinien być autentyczny, prawdziwy i brzydzić się kłamstwami czy innymi krzywymi akcjami. Ale jak często doświadczamy szczerego przekazu? Za rzadko. To, co zrobił Zeus w utworze Hipotermia, to krok bardzo odważny - może pomoże mu nawiązać do sukcesu pierwszego albumu? KaeNa wielu skreśliło z góry po przesłuchaniu Alter Ego. Taaaaak, też byłem tego bliski. Przegapiłbym najbardziej szczerą, brudną i niepokorną płytę tego roku. Nie popełnijcie w tym przypadku błędu 1 przesłuchania!
Nie mógłbym sobie odmówić rockowego rozpoczęcia audycji. Waterfall Oceanu od jakiegoś czasu już w sieci jest, można posłuchać, natomiast gorzej o to z nowym Lipali. Zatem brand new utwory z (dobrej!) płyty 3850 poleciały. W ostatnim wywiadzie z Rawiczem zespół zdradził, iż do Popiołów zostanie stworzony kolejny teledysk, z czego ja szczególnie się cieszę. 
W środku tej całej rockowo-rapowej wichury znalazł się Ludwik. W epicentrum tej playlisty pasuje jak mało który band. Dotarły do mnie wreszcie krążki tych gości i powiem wam jedno: konkretny materiał! Pomijając skity, intro i outro wyjdzie 10 numerów, większość z nich na bardzo przyzwoitym poziomie, w dodatku brzmieniowo ciężko znaleźć podobny zespół w Polsce. Nawiązania do Limp Bizkit nie przesadzone. A słysząc nowy utwór Freda Dursta, to można już zaryzykować, że Ludwik jest obecnie ciekawszą opcją.

1. Ocean - Waterfall (new album, 2012)
2. Lipali - Popioły (3850, 2012)

3. Lipali - Pasja i Skowyt (3850, 2012)
4. Ludwik - Właź
(Człowiek Twarzy Bez, 2012)
5. Ludwik - Człowiek Twarzy Bez
(Człowiek Twarzy Bez, 2012)
6. Donatan - Budź się (feat. Pezet, Gural, PIH)
(Równonoc, 2012)
7. Donatan - Zew (B.R.O., Zbuku, Sitek)
(Równonoc, 2012)
8. KaeN - Alter Ego
(Od Kolyski Aż Po Grób, 2012)
9. KaeN - Moja Królowa
(Od Kołyski Aż Po Grób, 2012)
10. Zeus - Jeszcze Więcej
(Co Nie Ma Sobie Równych, 2008)
11. Zeus - Hipotermia
(Zeus. Nie Żyje, 2012)
12. Bisz - Głupiomądry (Wilk Chodnikowy, 2012)



KONKURSIWO! 

Ludwik już po raz drugi został zaprezentowany w audycji Koniec Rocka, tym razem panowie mają za sobą legalny debiut! I postanowili się nim podzielić z wami. Warto się bić, bo płyta momentami rozwala system. A zadanie jest diabelnie proste.

Zadanie konkursowe brzmi tak: słuchając kawałków Ludwika dokonać impresji w postaci pierwszego skojarzenia, myśli, wyrażenia, które przychodzi wam do głowy w trakcie słuchania tej kapeli. Wystarczy jedno zdanie od was. Niech zaczyna się ono słowami: "Muzyka Ludwika jest dla mnie jak..." I taką frazę wpisujemy w komentarze, ja potem wybieram najciekawszą. Konkurs trwa do niedzieli 18.11 do północy.

Kawałki Ludwika do wsłuchania się:

Przypominam, że jeśli będziecie się ładnie bawić, to będę organizował kolejne konkursy z płytami, które chcecie mieć. A wiem, czego chcecie. 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Audycja #25 z 29.10.12: Koniec Rocka Goes Country

Zacząłem tworzyć Koniec Rocka m.in. po to, żeby był zapisem podróży w kierunku gatunków, których sam jeszcze dobrze nie znam. Żeby odkrywać je razem ze słuchaczami. Błądzić po omacku, próbując jednego sposobu, drugiego, trzeciego... Sięgnąć pamięcią do różnych przesłuchanych artystów, wyciągnąć od nich inspiracje danym brzmieniem, elementy, którego pomogłyby gatunek uczynić mi bliższym. Aż w końcu znaleźć drogę do oswojenia nowego brzmienia. To dopiero początek moich przygód z muzyką country i pewnie mam jej dosyć na najbliższe tygodnie, ale z czasem będzie coraz łatwiej w tamte klimaty wchodzić, tego jestem pewien.


Jedną z inspiracji do zmierzenia się z country był koncert Shinedown, a konkretnie support w postaci Redlight King. Na żywo brzmieli jak skrzyżowanie rocka z rapem i country właśnie, czego może aż tak dobrze nie słychać na nagranych płytach. W audycji poleciał jednak inny support z tego dnia - Exit Ten, które od czasu koncertu nie mogło wyjść z głowy.
Drugą, mniejszą inspiracją był od jakiegoś czasu Aaron Lewis, który nie ciągnie już Staind w spokojniejsze rejony muzyczne - wyżywa się solowo, choćby właśnie taką EPką jak Town Line (premiera longplaya jeszcze w listopadzie). W swojej twórczości incydenty z country notowały już i Seether, i Nickelback, i pewnie jeszcze kilka innych stricte rockowych kapel. Jednak żadna na trwałe tak nie zmieniła swojego brzmienia. A co jeśli wasz ulubiony zespół nagrałby utwór country? Byłby hejt czy ciekawość?
W wycieczkach muzycznych tego dnia zboczyłem jeszcze mocniej - do kolaboracji Tima McGraw z Nelly'm. Do tej pory nigdy nie postrzegałem tego jako zderzenia country i rapu / R&B. Pewnie lepszej okazji do puszczenia tego kawałka już nie będzie. Za to do Johnny'ego Casha warto wracać zawsze.

1. Exit Ten - Life (Give Me Infinity, 2011)
2. Exit Ten - How Will We Tire (Give Me Infinity, 2011)
3. Theory of a Deadman - No Surprise (Gasoline, 2005)
4. Theory of a Deadman - Bad Girlfriend (Scars & Souvenirs, 2008)
5. Seether - Country Song (Holding Onto Strings Better LEft to Fray, 2011)
6. Lynyrd Skynyrd - Sweet Home Alabama (Second Helping, 1974)
7. Aaron Lewis - Country Boy (Town Line EP, 2011)
8. Aaron Lewis - Tangled Up in You (Town Line EP, 2011)
9. Rodney Atkins - Take a Back Road (Take a Back Road, 2011)
10. Nelly feat. Tim McGraw - Over and Over (Suit, 2004)
11. Johnny Cash - I See a Darkness (I See a Darkness, 1999)


wtorek, 30 października 2012

Audycja #24 z 22.10.12: Hip-hopowa trampolina

22 października Koniec Rocka zrobił pętlę. Nie taką, żeby włożyć na szyję i się powiesić, nieee.. Po prostu jak zaczęliśmy, tak skończyliśmy - w klimatach pop-rockowych. No, może prócz tego Carriona... El Meddah służyło jako takie stricte rockowe wprowadzenie do tematu.
 
Niezłą inspiracją do stworzenia playlisty był ten nieszczęsny dach na Narodowym. Na myśl nasunęła się od razu Edyta Bartosiewicz ze swoją Opowieścią, znaną bardziej jako Przemoknięte Serca Miast. 11 lat później Ka-Meal zsamplował utwór Edyty i razem z HuczuHuczem stworzyli spontaniczny numer na konkurs (oczywiście wygrany, bo kawałek miażdży klimatem!).
Pewnie pozostalibyśmy w klimatach hip-hopowych, gdyby nie Endefis, który namówił Piotra Cugowskiego do udziału w kawałku Taki Będę. Dzięki tej kolaboracji audycja mogła wrócić na pop-rockowe tory. Była to dobra okazja, żeby zaprezentować część mniej znanych utworów bardziej znanych artystów. Bo kto nie zna IRY... Szymona Wydrę także pewnie wszyscy kojarzą z programu Idol. A że nagrał świetną płytę Bezczas? No tu już gorzej.


1. Carrion - El Meddah (El Meddah, 2010)
2. IRA - Mój Bóg (9, 2009)
3. IRA - Nie Pytaj (Londyn 08:15, 2007)
4. Szymon Wydra & Carpe Diem - Moja Modlitwa (Bezczas, 2005)
5. Szymon Wydra & Carpe Diem - Żołnierz za Waszą i Naszą Krew (Bezczas, 2005)
6. Edyta Bartosiewicz - Opowieść (unreleased, 2001)
7. HuczuHucz - Przemoknięte Serca Miast (unreleased, 2012)
8. HuczuHucz - 36,6 (Po Tej Stronie Raju, 2011)

9. Haju & Złote Twarze (Golden Faces) - Moje Życie 2 (Międzyświat, 2011)
10. Endefis feat. Piotr Cugowski - Taki Będę (Taki Będę, 2012)
11. Bracia - Dlaczego (Zapamiętaj, 2009)
12. Maciej Silski - Za Karę (unreleased, 2006)

czwartek, 25 października 2012

Jesteśmy zderzeniem muzycznych skrajności - wywiad z Maćkiem Wasio, wokalistą Oceanu


To kolejny z archiwalnych wywiadów, które udało mi się swego czasu z różnymi muzykami przeprowadzić. Ciekawie jest wrócić do dawnych pytań i odpowiedzi, zobaczyć, co wyszło z ich planów, ile czasu faktycznie było potrzeba do wydania kolejnej płyty itd. Czytając te wypowiedzi, można czasem bardzo łatwo skonfrontować je z rzeczywistością i np. skrytykować artystów za opieszałość czy niekonsekwencję, ale bardziej chciałbym tym minicyklem pokazać względność wszystkich naszych planów. I to, że pod wpływem jednego wydarzenia każdy z nich może się zmienić. Nie bierzmy wszystkich przyszłościowych wywodów w wywiadach tak mocno serio.
W tamtym momencie Ocean był niedawno po wydaniu płyty "Cztery", jeszcze długo przed "Wojną Świń" czy nadciągającym nowym krążkiem z angielskimi tekstami. Rozmowa została przeprowadzona 17.11.09 przed koncertem w Proximie.
 


Boomer: Maciek, na początku chciałem porozmawiać trochę o promocji Waszej ostatniej płyty. Taką pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę były koncerty akustyczne. Jest to oczywiście ciekawy sposób promocji, jednak spodziewałem się, że trochę więcej osób będzie przychodziło na te występy. Czy taka totalna kameralność to było zamierzone posunięcie?
Maciek Wasio: Faktycznie w Warszawie to było trochę na wariata organizowane i dość kiepsko było z promocją, do końca nie wiedzieliśmy, kiedy to się odbędzie i jak to będzie funkcjonowało. Nawet nie znaliśmy terminu wydania płyty. Cudem w ogóle ta płyta w terminie dotarła, wysyłana kurierem z tłoczni, która przez dwa dni stała odcięta od prądu. I w Warszawie faktycznie było mało ludzi, ale dalej już było widać, gdzie ta promocja była sensownie zrobiona, a gdzie nie i gdzie ludzie dowiadywali się o tym tylko przez naszą stronę internetową. Powiem szczerze, że w takich miastach jak Wrocław, Rzeszów czy Katowice mieliśmy nawet po 70-80 osób na takich imprezach, co uważam za duży sukces.

Ciężko sobie wyobrazić, żeby we Wrocławiu mało było tych osób.
No wiesz, to akurat bardzo ryzykowny termin, bo graliśmy na dzień przed tzw. świętem zmarłych, także ludzie byli zabiegani... W ogóle byliśmy w szoku, że taka była frekwencja. Dla nas to był fajny poligon – lubimy grać tak na dwie gitary akustyczne, rozegraliśmy się, rozśpiewaliśmy...

Jak Wam się grało bez prądu?
Super! Ja w ogóle jestem mega fanem takiego grania i na pewno będziemy coś działać z płytą akustyczną, z koncertami akustycznymi. Wiesz, jest to takie prawdziwe, surowe. Tu nie da się spieprzyć brzmienia – masz głos, gitarę i tyle. Nie ukrywam też, że wszystkie piosenki Oceanu, zwłaszcza te z nowej plyty, powstały na gitarze akustycznej, dlatego w pewnym sensie są stworzone, żeby na akustyku je grać.

Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę, jeśli chodzi o nową płytę, a mianowicie promocja przez myspace. Płyta została przed premierą w całości zamieszczona w internecie. Czy w przyszłości planujecie wydawanie płyt np. tylko przez internet?
Trudne pytanie, ciężko mi mieć taką świadomość, że nigdy nie wydamy czegoś, co nie będzie namacalne. Chyba zbyt dużą wagę przykładamy do okładek, całego takiego oldschool’owego podejścia, docenienia tego słuchacza, który kupuje płytę. Sądzę, że ostatnia płyta jest najładniej wydaną płytą w całej naszej historii: piękne zdjęcia, wszystko bardzo zadbane, staranne. I chcemy jednak, żeby człowiek miał możliwość wzięcia sobie tego magicznego krążka ze sobą do domu i zobaczenia nas nie tylko z perspektywy muzyki, ale i jak operujemy estetyką, jaką mamy wrażliwość.

To skąd ten pomysł, żeby jednak zamieścić te kawałki? Zdajecie sobie sprawę, że w dobie dzisiejszej techniki bardzo łatwo jest te kawałki zrippować i wrzucić do internetu...
No to przynajmniej mamy możliwość zadbania, żeby było to w porządnej jakości. Z drugiej strony to czy my byśmy wstawili tę płytę, czy zostałaby ona wrzucona w dniu premiery, nie miałoby to większego znaczenia. Uważam, że kto ma po tą płytę pójść do sklepu, to pójdzie, a płyta broni się sama, dlatego stwierdziliśmy, że te piosenki są najlepszą reklamą tej płyty.

A co ogólnie sądzicie o ściąganiu mp3?
Bardzo bym chciał, żebyśmy doszli do takiego etapu, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest to mocno rozwinięty przemysł i jakość tych empetrójek jest dużo lepsza. Nie ma tak, że my się pocimy w studiu, żeby uzyskać jakieś brzmienie, które jest później sprasowane i zmielone przez mp3. W Stanach branża muzyczna przynosi największe dochody w historii w tej chwili i tylko dlatego, że tak mocno rozwinięte jest choćby iTunes. I sprzedaż plików wpływa też na sprzedaż płyt. Dobrze by było, gdyby w Polsce też był iTunes – chciałbym sobie przesłuchać 15 plyt i z tego kupić 5. I sądzę, że w Polsce to powinno w ten sposób działać. Poza tym, jeżeli ktoś traktuje słuchanie mp3 jako sprawdzenie sobie, czy płyta jest warta uwagi, czy nie, to super. Jeżeli ktoś ściąga to w chamski sposób i w życiu nie wydał złotówki na płytę, a później marudzi na jakość polskiej branży muzycznej, to jest to nie fair. Bo my nie żyjemy tylko i wyłącznie powietrzem, nie jesteśmy Franciszkiem z Asyżu, żeby żyć o wodzie i chlebie i jest to smutne, że w dzisiejszych czasach mogę wymieniać dziesiątki zespołów, które grały zajebiście, a się rozpadły przez to, że nie miały z czego żyć, bo sprzedaż w Polsce płyt jaka jest, każdy widzi.

A w takim razie, czy Wy utrzymujecie się z muzyki?
Wiesz co, to jest pół na pół. Dwie osoby w zespole, czyli Quentin i Grymek w 100% i od zawsze utrzymują się tylko z muzyki, a my z Bolkiem prowadzimy jeszcze jakieś swoje działalności. Ja w tym roku odłożyłem to w kąt i przy tej płycie poświęciłem się tylko i wyłącznie graniu.

Sporo jest jednak takich zespołów, które są gdzieś pomiędzy – łączą muzykę z pracą od 8 do 16...
Wiesz co, ja mam tą wielką frajdę z faktu, że jedna i druga wykonywana „praca” mnie spełnia, także ja kompletnie na to nie narzekam. Nawet ciężko byłoby mi rzucić to, co wykonuję zawodowo.

Z zespołu, który nagrywał pierwsze 3 płyty zostałeś tylko Ty. Czy zatem można mówić, że ten nowy Ocean to ten sam co stary, czy jednak się to różni?
Ciężko mi samemu o sobie mówić. Opinie są takie, że słyszymy, że ta ostatnia płyta, mimo nowego składu, jest esencją wszystkich poprzednich płyt Oceanu, co podkreśla, że jest to zespół, który ma swojego lidera, który ma pomysł na to i mocno go realizuje. Ciężko też byłoby zakładać, że będzie inaczej w kontekście tego, że jestem autorem wszystkich tekstów i muzyki niemalże, i właściwie współproducentem wszystkich płyt...

Zatem można powiedzieć, że Ocean to Ty...?
Nie, nie można tak powiedzieć, broń Boże. Ocean to ja i osoby, które mają podobną wizję na ten zespół, na to co gramy i, wiesz, u nas panuje demokracja autorytarna, czyli jest głowa, ale ona też bardzo często słucha wszystkich pozostałych kończyn i jakby wyciąga finalne wnioski. Na pewno nie można mówić o projekcie solowym czy że Ocean to tylko ja, to nie fair w stosunku do reszty chłopaków. I nigdy tak nie było.

Zastanawiam się, czy jednak wokalista nie jest najważniejszą osobą w zespole? Biorąc prosty przykład – B.E.T.H: odszedł Śvistak i zespół właściwie zawiesił działalność. Ty, pomimo że odeszło trzech muzyków, dobrałeś kolejnych, być może nawet lepszych i stworzyłeś ten sam zespół. 
Wiesz co, to jest dyskusyjna kwestia. Ja znam wiele przypadków, w których odejścia, a w tragicznych sytuacjach śmierć wokalisty, nie spowodowało zawieszenia działalności. Wystarczy tutaj spojrzeć choćby na Genesis, które miało wielu wokalistów, a cały czas pozostaje to ten sam zespół, także nie ma reguły, w muzyce nie ma na całe szczęście wzorów i szczegółowych zasad działania i instrukcji użycia.

To może tylko w Polsce jest tak niewielu wyrazistych wokalistów, którzy są w stanie pociągnąć zespół...
Coś w tym jest. Wystarczy spojrzeć, jak niewiele mamy głosów rockowych. Ale jest coraz lepiej: fajnie śpiewają młodzi ludzie, pojawiła się gwiazda w postaci Piotrka Roguckiego... Teraz lepiej się dzieje.

A czy Ty prywatnie miałeś ciężki okres w swoim życiu, moment, w którym chciałeś zarzucić ten projekt?
Wiesz co, taka stagnacja trwała dwa lata. Po śmierci mojego ojca kompletnie posypała mi się cała wizja, poświęciłem się zupełnie innej stronie swojego życia i to była absolutna hibernacja tego projektu, co też zaowocowało zmianami personalnymi, bo koledzy chcieli działać. Może troszeczkę zabrakło mi impulsu z ich strony... Pojawił się on ze strony Bolka, naszego bębniarza, który nagrywał z nami dvd, więc jeszcze funkcjonował w tym ostatnim składzie Oceanu, gdzie graliśmy trasę Niecierpliwy Dostaje Mniej. I dość mocno to mnie zakręciło. I pamiętam jak dziś, jak surfując po necie, zobaczyłem masę różnych wpisów ludzi, którzy np. słuchają Oceanu i są fanami, a nigdy nie widzieli nas na żywo. Także to też było dużym impulsem. Ale taki moment był. Takie zawieszenie spowodowane sytuacją, ale trzeba sobie powiedzieć wprost – przez 2 lata kompletnie nie myślałem o powrocie do grania.

Wróciliście dla ludzi?
Ja tę płytę absolutnie zrobiłem dla siebie, ale, wiesz, na pewno było to pomocne i potwornie miłe, kiedy zobaczyłem, że tak wiele osób stoi za tym zespołem i jaka to jest potężna siła, że można, wyrażając swoje emocje, wpłynąć na emocje innych – coś pięknego!


A co według Ciebie odróżnia ten dzisiejszy Ocean od reszty zespołów na rynku muzycznym?
Ja śmiem twierdzić, być może buńczucznie, że Ocean ma swój styl. Jest zderzeniem skrajności, co uważam za piękne. Potrafimy zagrać od piosenki To wszystko czego chcesz po Myślisz, że jesteś bogiem i nie ma żadnych barier. Cały czas powtarzam, że olbrzymim plusem, a zarazem olbrzymim minusem pod względem marketingowym jest to, że Oceanu nie da się jakoś tak bardzo prosto sklasyfikować. Nie jesteśmy ani zespołem hard rockowym, ani hardcore’owym, ani metalowym, mimo że czasami gramy bardzo ciężko, ani nie popowym. I jakaś efemeryda, zbitek tych stylów jest potężną wizytówką Oceanu.

Wydaje mi się jednak, że ta ostatnia płyta jest bardziej melodyjna od poprzednich.
Według mnie nowa płyta jest esencją: tam nie ma takiego pieprzenia, robienia kółka dookoła kropki. To są po prostu numery, które mają dobrą zwrotkę, jeszcze lepszy refren, kopią, mają puls, mają energię. Są dalekie od tego, co było na poprzednich płytach Oceanu, szczególnie na Niecierpliwy Dostaje Mniej, gdzie cała ta forma i otoczka była ważniejsza od meritum. I tam też były piękne piosenki, super melodie, ale to było takie przebajerowane, a tutaj jest sam konkret. I taki był pomysł na tę płytę od razu i stąd był pomysł, żeby nagrywać ją w S4 z Leszkiem Kamińskim, bo zależało nam na takiej surówce.

A masz swoich faworytów na tej płycie, jakieś ulubione kawałki?
Zmienia się to, zmienia się to bardzo często. Na pewno uwielbiam piosenkę Cudowny Świat, Myślisz, że jesteś bogiem, Nie wiem jak, nie wiem gdzie. Wiem, że to też brzmi, jak włażenie samemu sobie do tyłka, ale mamy poczucie, że ta płyta nie ma słabego momentu. Nie ma takiego kawałka, który jest, jak to się mówi żargonem muzycznym, „ugnieciony”, jest takim zapychaczem. Zresztą zacytuję tutaj naszego wielkiego guru, czyli Leszka Kamińskiego, który stwierdził, że gdybym prowadził stację radiową, to w zasadzie każdy numer mógłby być singlem.

Apropo singli: macie już pomysł na drugi singiel?
Co śmieszniejsze, od razu, kiedy rejestrowaliśmy klip do Czas by krzyczeć, od razu zarejestrowaliśmy klip do piosenki Wołam Cię, która była pomysłem na drugi singiel. Troszeczkę nam się zmieniły reakcje, jak zobaczyliśmy oddźwięk na Czas by krzyczeć i wahamy się, czy by jednak nie podtrzymać tej fali rockowych, mocnych numerów. Z drugiej strony mamy piosenkę Wołam Cię, która może się ocierać o taki niesprecyzowany pop, bo to jest przepiękna melodia, pulsujący numer, ale także połączony z czymś charakterystycznym dla Oceanu, czyli z taką wielką ścianą dźwięku.

Teraz jednak ta promocja jest dużo większa niż wcześniej: zdobywacie singlem pierwsze miejsca takich rozgłośni jak Eska Rock. Czy to dla Was dużo znaczy?
Wiesz, każdy, kto opowiada głupoty, że to jest nieistotne itd. to jest to z jego strony niepotrzebna skromność. Oczywiście jesteśmy zszokowani i zachwyceni, że zespołu tak długo nie było, a wracamy takim kopem w drzwi. Pamiętam jak dziś, jak bez żadnych układów, z dużą pomocą Qlosa z Lipali, który nas skontaktował z Eską Rock, pojawiłem się w Warszawie z płytą i okazało się, że ludzie na tej płycie tak samo widzą same single. I wiesz, wytypowaliśmy Czas by krzyczeć od początku na pierwszy singiel. Zastanawialiśmy się też, czy przed trasą puścić drugi singiel i pamiętam, że wielu dziennikarzy powiedziało nam, żebyśmy się wstrzymali, bo ten singiel długo będzie grany w rozgłośniach radiowych. W tej chwili jest już ponad 2 miesiące na playlistach  i jest coraz lepiej. I nie ma co tutaj głupkowatej skromności uskuteczniać – jesteśmy zachwyceni!

A jaka jest według Ciebie najlepsza płyta tego roku?
Płyta Oceanu oczywiście (smiech) Tak Ci powiem szczerze, że w tym roku bardzo się odłączyłem od słuchania muzyki. Jednak jak jestem w procesie produkcyjnym płyty, to ja staram się jak najmniej słuchać. Siedzieliśmy najpierw 4 miesiące w studio Wojtka Olszaka, później siedzieliśmy 4 miesiące w S4 przygotowując płytę, później była bieganina wokół trasy... Ten rok dość mocno zawaliłem, jeśli chodzi o płyty.

Słuchacie czegoś w ogóle w trasie, w busie, jak jedziecie? Bo mówisz, że się odłączasz, ale jednak czegoś musicie słuchać w drodze.
Oglądamy filmy. Od hardcore’owego czeskiego kina, którego nikt nie zrozumiał, po jakieś inne filmy. Mamy przyjemność podróżowania w bardzo komfortowych warunkach, wielkim autokarem, który jest spełnieniem marzeń i próżności. To jest zajebiste, kiedy możesz wyjść z klubu, rozłożyć się w wielkim skórzanym fotelu... Mamy taki komfort w tej trasie – jedziemy z własnym dźwiękiem, własnym światłem, to jest naprawdę spełnienie marzeń i możemy w końcu skupić się na tym, żeby codziennie był power. Gwiazdka z nieba, że możemy na naprawdę światowym poziomie podróżować i w światowych warunkach pracować, tym samym musimy i możemy z siebie dawać dużo więcej!

A jak Wam się koncertuje z Lipali?
Zajebiście. W ogóle ryczymy, śmiejemy się, jest taka petarda emocjonalna między artystami... Zresztą my się znaliśmy dużo wcześniej, głównie ja z Qlosem, ale teraz zespoły się tak skumały – cały ten zestaw, z ekipą, z naszym kierowcą Sławkiem... Jesteśmy w połowie, a już myślimy, jak będziemy tęsknić, kiedy to się skończy. I uważam też, że jest to świetny miks koncertowy dla słuchaczy. My zaczynamy troszeczkę wiesz... no nie powiem, że słabo, bo też jesteśmy rockowym bandem, który kopie jaja, ale później wychodzi Lipali z tym swoim buldożerem i to, uważam, jest genialnym połączeniem.

Jaka była najśmieszniejsza rzeczy, która Ci się kiedykolwiek przydarzyła na trasie?
Na tej trasie. 13-tego, piątek, w Kielcach. Jednego dnia tak: zginął mój telefon, gdzie miałem wszystkie kontakty, tego samego dnia spalił mi się laptop. Płyta instalacyjna od laptopa zaginęła gdzieś w moim rodzinnym mieście, a w tym laptopie miałem wszystkie kontakty, wszystkie dane dotyczące trasy itd., a do tego na 5 minut przed koncertem spalił mi się wzmacniacz z ’64 roku. Dodatkowo graliśmy w klubie, który nas bardzo średnio przywitał, a że nie wywiesili plakatów, więc frekwencja była taka sobie. Konaliśmy, a do tego jeszcze nasz kochany oświetleniowiec, Lesiu, wylądował w szpitalu na ostrym dyżurze.

Czyli jednak można być przesądnym...
Można, w ogóle już z Lipą zaczęliśmy się tak śmiać, zastanawialiśmy się, co się jeszcze wysypie.

Czy kiedyś zdarzyło Ci się, że z powodu emocji, wzruszenia, nie byłeś w stanie zagrać jakiegoś kawałka?
Tak. Jest taka piosenka Cudowny Świat, z którą mamy duże kłopoty i gramy ją tylko wtedy, kiedy jest odpowiednia, intymna atmosfera. I nie będziemy go grali na zawołanie, że ktoś będzie krzyczał, żebyśmy go zagrali. Nawet mieliśmy problem, żeby go zagrać na próbie.

A kiedy kończycie tę trasę?
Kończymy trasę we Wrocławiu chyba 26 listopada, także jeszcze kupa koncertów przed nami. No fajnie, że w rodzinnym mieście, w pięknej sali gotyckiej. Nie chcę zapeszać – najprawdopodobniej nasz koncert i ten Lipali będą rejestrowane na potrzeby jakiegoś tam obrazka. Sala gotycka, piękny, wyglądający jak kościół obiekt, także super.

A plany na 2010?
Chcemy jak najwięcej grać, po prostu nie wysiadać z auta. Chcemy zabić troszeczkę tę regułę, która panowała w Oceanie, że graliśmy dwie trasy w roku, a później plaża. Teraz założyliśmy sobie, żeby w miarę możliwości co weekend gdzieś wyskoczyć i zagrać. Ostatnio nagle pojawił się pomysł, że skoro to tak zasuwa, to natychmiast powinniśmy robić płytę następną. Po prostu jest taka mieszanka emocjonalna, takie fajne fluidy, i czujemy, że z koncertu na koncert gramy coraz lepiej. Czujemy, że warto byłoby to wykorzystać i aż żal zmarnować.

Czyli możemy się spodziewać, że niedługo Ocean znów zagości w Warszawie?
Tak, chcemy grać, grać, jak najwięcej grać.


Wywiad ukazał się także w miesięczniku studenckim I.PEWU.

poniedziałek, 22 października 2012

Audycja #23 z 15.10.12: Rock to Post & Noise + Shinedown'owa relacja

To dopiero druga audycja, która zmierzała na spokojne, post-rockowe wody. Natomiast początek i koniec tego odcinka miały się różnić praktycznie wszystkim. Jesteście ciekawi jak połączyć Papa Roach z Death in Vegas?


Nowe Papa Roach w ciągu 2 tygodni zupełnie zmiażdżyło moje pierwsze wrażenie. The Connection najpierw było dla mnie albumem, na którym ciężko odróżnić od siebie kilka kawałków, a teraz jest krążkiem, od którego niesamowicie ciężko się oderwać. Cholernie melodyjne, przebojowe, naładowane energią, angażującymi tekstami... Ewolucja brzmienia przemówiła do mnie na tyle, że powrócił temat wybrania się na koncert Papa Roach 24 listopada
The Connection w moim prywatnym zestawieniu tegorocznych krążków hard rock / alternative przegrywa tylko z Amaryllisem Shinedown. Okazją do puszczenia kapeli Brenta Smitha był przede wszystkim zbliżający się czwartkowy gig, zatem poleciały w audycji utwory, których, jak przewidywałem, najbardziej będzie mi brakowało. Za to podczas występu Brent przyznał, że trochę zmienili setlistę i oto dane było usłyszeć polskim fanom Fly from the Inside w wersji live! Miły akcent. Sam koncert wypadł na plus, choć o moim zdaniu bardziej przeważa emocjonalne przywiązanie i profesjonalne, zaangażowane podejście zespołu niż to, co było słychać. Bo niestety z kilku miejsc pod sceną, w których przebywałem, to przede wszystkim było słychać perkusję, a dopiero potem resztę, co umiejętnie psuło mi wrażenia z koncertu. Ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że to taka specyfika Proximy i akustycy zespołu nie mogli nic poradzić na to. Jednak, co by nie mówić, zdecydowanie warto było usłyszeć Shinedown na żywo. Chłopaki obiecali, że wrócą w przyszłym roku. Choć akurat w takie zapewnienia nigdy nie chce mi się wierzyć. 
Wydaje się, że już prędzej na kolejnym koncercie w Polsce zobaczymy jeden z zespołów supportujących Shinedown w czwartek - Brytyjczycy z Exit Ten również zapowiadali rychły powrót. Trzeba dodać, że wywarli oni niemałe wrażenie na ludziach obecnych tego dnia w Proximie. W mojej głowie zagnieździli się do dziś i pewnie będę ich muzę przemycał w kolejnych audycjach. 


Ostatni odcinek Końca Rocka był zainspirowany w znacznej części również filmem Lost in Translation. Kinomanom tego filmu nie muszę polecać, reszcie daję zadanie domowe: obejrzeć!. Ja skupiłem się na muzycznej stronie tej produkcji - dwa ostatnie utwory można było usłyszeć w filmie, natomiast takie grupy jak Ef oraz Explosions in the Sky stworzyły dobre, klimatyczne tło muzyczne do przemyśleń po zakończonym seansie. Również zaprezentowany tego dnia Mogwai pojawił się pod wpływem obejrzanego w tygodniu amerykańskiego serialu. Czyli post-rock gdzieś tam jeszcze przebija się w kulturze masowej, miło.
Zespołem-pomostem dla krańców alternative- i post- był tym razem dredg. Ten band łączy w sobie cechy grup z obu końców playlisty, tworząc przestrzenne, melodyjne kompozycje. Polecam live, jeśli tylko będziecie mieli taką okazję.

1. Papa Roach - Give Back My Life (The Connection, 2012)
2. Shinedown- For My Sake (Amaryllis, 2012)
3. Shinedown - Save Me (Us and Them, 2005)
4. dredg - Saviour (The Pariah, the Parrot, the Delusion, 2009)
5. dredg - Jamais Vu (Catch Without Arms, 2005)
6. Mogwai - Travel is Dangerous (Mr Beast, 2006)
7. Mogwai - Letters To The Metro (Hardcore Will Never Die, But You Will, 2011)
 

8. Ef - Sons of Ghosts (Mourning Golden Morning, 2010)
9. Explosions in the Sky - Welcome, Ghosts (All of a Sudden I Miss Everyone, 2007)
10. The Jesus and Mary Chain - Just Like Honey (Psychocandy, 1985)
11. Death in Vegas - Girls (Scorpio Rising, 2002)

niedziela, 14 października 2012

Pezet nie rozwalił, Stodoły nie spalił [relacja]

Cieszę się, że nie znam Pezeta osobiście. Z reguły ciężej wytknąć znajomemu, że coś spieprzył, a kilka takich rzeczy mam na wątrobie od wczoraj. Te zarzuty wynikają głównie z tego powodu, że Paweł po prostu przyzwyczaił do wysokiego poziomu swoich koncertów.




    Zdziwił przede wszystkim dobór kawałków na koncert w Stodole. Kiedy poleciał Slang 2 pewnie nie tylko mi przyszło do głowy "ej, ale fajnie byłoby, gdyby najpierw Pezet zagrał ten z Klasycznej, a potem nowy". Podobnie miałem z Senioritą, po której mogłoby polecieć Supergirl... Oba kawałki co prawda były, ale nie tuż po sobie. Osobiście zabrakło mi takich numerów jak Spis Cudzołożnic, Shot Yourself czy P-Z. Wyobrażacie sobie, jakim urozmaiceniem byłby rap Pezeta pod akustyczną gitarę razem z Bednarkiem na scenie? Albo otwierające nową płytę P-Z, które ma potencjał, żeby być koncertową petardą? Kawałek studyjnie dynamiczniejszy od większości Muzyki Rozrywkowej. Swoją drogą myślałem, że go właśnie zagrają na bis, kiedy Theodor podburzył publikę do krzyczenia "Pe-Zet". W sumie to normalne w przypadku Pawła, który ma tyle świetnych kawałków, że nie zmieści wszystkich w trakcie 90 koncertowych minut. Ale Byłem MUSI  się pojawić, jeśli promowane jest Radio Pezet. To najlepszy kawałek z tego albumu i jego nieobecność jest niewytłumaczalna. Swoją drogą dziwne też, że nie usłyszeliśmy w Stodole Jestem Sam... Setlista to pierwsza skopana rzecz na tym koncercie.
    Drugą były aranżacje. Do teraz zachodzę w głowę, dlaczego Nie Jestem Dawno z mocnym refrenem wypadło żywiej niż Noc i Dzień. Co innego nowa aranżacja utworu, co innego zabranie mu nastrojowego charakteru lub energii. Tej zabrakło na niektórych bardziej żwawych kawałkach, pamiętam przecież z gigu w 1500m2 Dopaminę, która rozkurwiała sufit! W Stodole z energią w niektórych kawałkach było różnie, choć może to wina...
    ...nie najlepszego nagłośnienia. I tu wina leży niekoniecznie po stronie wykonawcy. Otóż mieliśmy na scenie DJ'a, Auera, perkę, bas, Pezeta, Malolata i wspomagającego ich Mormona. Najgorzej było w momencie, gdy wszyscy trzej rapowali/krzyczeli w tym samym czasie, zagłuszając wszystko pozostałe. Z miejsca, w którym stałem (mniej więcej środek klubu), w kawałkach z Radia Pezet moje uszy atakował jeden, wielki hałas. Poczułem się trochę jak dziadek, który narzeka na obecną młodzież za to, jakiej to ona głośnej i niezrozumiałej muzyki słucha. Lepiej było natomiast, kiedy raperzy się nie odzywali, wtedy można było usłyszeć dobrze perkę, bas czy bit. Problem nie był już tak uciążliwy przy starszych, prostszych do zrealizowania numerach. I w sumie mam to w dupie, czy to wina artysty, czy klubu. Kiedy idę na koncert, oczekuję, że obie strony dogadały się nie tylko do rozpiski godzinowej i honorarium, ale także i co do optymalnego ustawienia sprzętu. A z opinii różnych ludzi po koncercie wynika, że to chyba nie wyszło.

    Oczywiście, były też plusy - nikt mi nie zasłaniał sceny, a sam koncert był sto razy lepszy niż freestyle prowadzącego, Theodora (serio, za energię propsy, ale freestyle mógł sobie darować). Zabrakło jednak fajerwerków. Skoro był to koncert promujący nową płytę, i to w rodzinnym mieście Pezeta, skoro wybrano wielki klub i ustalono dość wysoką cenę biletów... to spodziewałem się czegoś więcej. Nie było ani jednego featuringu, ani niespodzianki w stylu tej dodatkowej zwrotki do Supergirl (notabene chyba najciekawszej)... Na plus na pewno małe zaskoczenie w postaci zakończenia gigu Re-fleksjami. I takich małych plusów było więcej, ale tym razem nie przeskoczyły one minusów.